"Nowy polski rząd ogłosił, że solidarność europejska ma swoje granice..." - czyta na początku filmiku spikerka, po czym pojawiają się migawki z demonstracji Komitetu Obrony Demokracji.
"Czy znasz ten kraj, gdzie protestują, bo rządzi Flip i Flap, to Polska, Pupo-Pupo-Polska..."
To gra słów. Wykonawca piosenki śpiewa melodyjnie: "Popo-popo-Polen". Co można rozumieć po prostu jako powtórzenie (Po-po-po-po-Polska). Ale niemieckie słowo "Popo" znaczy "pupa". I raczej o to chodzi, bo w czasie tych słów w filmiku przewijają się zdjęcia pośladków kamiennych rzeźb. "Tutaj wcześniej stały flagi europejskie, ale zniknęły, bo palą się lepiej niż węgiel" - słyszymy.
"Prawica przejmuje wszystko, co skrytykuje. Rządzi on jeden. Siepacze przynoszą szczęście w Polsce, w Pupo-Pupo-Pupolsce. Mały gnom dostaje, co zechce" - brzmi kolejny fragment.
"Tej populistycznej partii PiS podoba się, gdy prasa zamyka gębę. Być chrześcijaninem, ale nie chcieć pomagać...". "Uchodźców przyjmować? Najpierw muszą się zmienić!" - te słowa wypowiada Jarosław Kaczyński pokazany jako Yoda z "Gwiezdnych wojen". "A jeśli ktoś coś ma przeciw naszej polskiej armacie, z tego szybko zrobimy nazistę!" - i tu widzimy okładkę "Wprost", na której kanclerz Merkel i politycy europejscy pokazani są jako wojskowi pochyleni nad mapą.
"W Polsce, w Pupo-Pupo-Pupolsce pobożnisie katole chcą być bardziej prawi od Orbana, żeby go wyprzedzić" - śpiewają niemieccy satyrycy, a Kaczyński i Szydło na rowerze próbują wyprzedzić Viktora Orbana. Ale przewracają się i wpadają w kupę... błota?
Pod filmikiem redakcja napisała na swojej stronie: "Partnerska relacja między Polską a resztą Unii się ochłodziła. Samodzielnie rządząca partia nie przyjmuje krytyki z Niemiec. Może w piosence jakoś ją przełknie".
Będzie kolejna afera kartoflowa?
To nie pierwszy raz, gdy niemieccy satyrycy biorą na celownik polityków związanych z Prawem i Sprawiedliwością. W 2006 roku w "Die Tageszeitung" ukazał się tekst Petera Köhlera "Nowy polski kartofel. Złodziejaszki, co chcą zawładnąć światem" poświęcony braciom Kaczyńskim.
"Lech Kaczyński w marcu dumnie przyjechał do Berlina, a w maju nie odpowiadał na uśmiechy niemieckiego prezydenta na warszawskich targach książki. Wiadomo jednak, że Kaczyński chełpił się tym, że przez lata żadnemu niemieckiemu politykowi nie podał nawet palca. Wystarczająco często trąbił, że w ogóle nie zna Niemiec, poza spluwaczką w męskiej toalecie na lotnisku we Frankfurcie" - pisał satyryk.
"Odkąd Lech Kaczyński jako dwunastolatek ze swoim bratem bliźniakiem w filmie 'O dwóch takich, co ukradli księżyc' odstawił wiele błazeństw, bliżej mu na Księżyc niż do Niemiec i Rosji. Rosja wcisnęła Polsce kciuki komunizmu w tyłki, a od lat 70. bracia Kaczyńscy chcieli wykoleić socjalizm" - pisał dalej.
"Afera kartoflowa" miała swój ciąg dalszy w tej samej gazecie. Na okładce "Die Tageszeitung" przed spotkaniem przywódców krajów Trójkąta Weimarskiego opublikowano dwa identyczne zdjęcia prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dwa zdjęcia ziemniaków. "Który z was znów teraz przyjeżdża?" - napisano nad nimi.
Teksty niemieckiej gazety oburzyły opisanych w nich polityków i ich środowisko polityczne. Prezydent Lech Kaczyński oceniał, że ta publikacja "przekracza wszystkie możliwe granice i narusza wszelkie normy", a artykuł jest "haniebny, łajdacki". Ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazwał artykuł "obrzydliwym", zaś szefowa MSZ Anna Fotyga przyrównała "Tageszeitung" do nazistowskiego pisma "Stuermer". Z kolei Przemysław Gosiewski wezwał, by polskie władze wydały wobec niemieckiego satyryka europejski nakaz aresztowania.
"Czy znasz ten kraj, gdzie protestują, bo rządzi Flip i Flap, to Polska, Pupo-Pupo-Polska..."
To gra słów. Wykonawca piosenki śpiewa melodyjnie: "Popo-popo-Polen". Co można rozumieć po prostu jako powtórzenie (Po-po-po-po-Polska). Ale niemieckie słowo "Popo" znaczy "pupa". I raczej o to chodzi, bo w czasie tych słów w filmiku przewijają się zdjęcia pośladków kamiennych rzeźb. "Tutaj wcześniej stały flagi europejskie, ale zniknęły, bo palą się lepiej niż węgiel" - słyszymy.
"Prawica przejmuje wszystko, co skrytykuje. Rządzi on jeden. Siepacze przynoszą szczęście w Polsce, w Pupo-Pupo-Pupolsce. Mały gnom dostaje, co zechce" - brzmi kolejny fragment.
"Tej populistycznej partii PiS podoba się, gdy prasa zamyka gębę. Być chrześcijaninem, ale nie chcieć pomagać...". "Uchodźców przyjmować? Najpierw muszą się zmienić!" - te słowa wypowiada Jarosław Kaczyński pokazany jako Yoda z "Gwiezdnych wojen". "A jeśli ktoś coś ma przeciw naszej polskiej armacie, z tego szybko zrobimy nazistę!" - i tu widzimy okładkę "Wprost", na której kanclerz Merkel i politycy europejscy pokazani są jako wojskowi pochyleni nad mapą.
"W Polsce, w Pupo-Pupo-Pupolsce pobożnisie katole chcą być bardziej prawi od Orbana, żeby go wyprzedzić" - śpiewają niemieccy satyrycy, a Kaczyński i Szydło na rowerze próbują wyprzedzić Viktora Orbana. Ale przewracają się i wpadają w kupę... błota?
Pod filmikiem redakcja napisała na swojej stronie: "Partnerska relacja między Polską a resztą Unii się ochłodziła. Samodzielnie rządząca partia nie przyjmuje krytyki z Niemiec. Może w piosence jakoś ją przełknie".
Będzie kolejna afera kartoflowa?
To nie pierwszy raz, gdy niemieccy satyrycy biorą na celownik polityków związanych z Prawem i Sprawiedliwością. W 2006 roku w "Die Tageszeitung" ukazał się tekst Petera Köhlera "Nowy polski kartofel. Złodziejaszki, co chcą zawładnąć światem" poświęcony braciom Kaczyńskim.
"Lech Kaczyński w marcu dumnie przyjechał do Berlina, a w maju nie odpowiadał na uśmiechy niemieckiego prezydenta na warszawskich targach książki. Wiadomo jednak, że Kaczyński chełpił się tym, że przez lata żadnemu niemieckiemu politykowi nie podał nawet palca. Wystarczająco często trąbił, że w ogóle nie zna Niemiec, poza spluwaczką w męskiej toalecie na lotnisku we Frankfurcie" - pisał satyryk.
"Odkąd Lech Kaczyński jako dwunastolatek ze swoim bratem bliźniakiem w filmie 'O dwóch takich, co ukradli księżyc' odstawił wiele błazeństw, bliżej mu na Księżyc niż do Niemiec i Rosji. Rosja wcisnęła Polsce kciuki komunizmu w tyłki, a od lat 70. bracia Kaczyńscy chcieli wykoleić socjalizm" - pisał dalej.
"Afera kartoflowa" miała swój ciąg dalszy w tej samej gazecie. Na okładce "Die Tageszeitung" przed spotkaniem przywódców krajów Trójkąta Weimarskiego opublikowano dwa identyczne zdjęcia prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dwa zdjęcia ziemniaków. "Który z was znów teraz przyjeżdża?" - napisano nad nimi.
Teksty niemieckiej gazety oburzyły opisanych w nich polityków i ich środowisko polityczne. Prezydent Lech Kaczyński oceniał, że ta publikacja "przekracza wszystkie możliwe granice i narusza wszelkie normy", a artykuł jest "haniebny, łajdacki". Ówczesny premier Kazimierz Marcinkiewicz nazwał artykuł "obrzydliwym", zaś szefowa MSZ Anna Fotyga przyrównała "Tageszeitung" do nazistowskiego pisma "Stuermer". Z kolei Przemysław Gosiewski wezwał, by polskie władze wydały wobec niemieckiego satyryka europejski nakaz aresztowania.























