sobota, 12 października 2013

70 rocznica bitwy pod Lenino

skopiowane z:
konflikty
Strona głównaHistoriaMilitariaRecenzjeAktualnościWideoTapetyTestyForum
Strona Główna » Historia » II wojna światowa

Bitwa pod Lenino

Podziel się z innymi:





Po przegranej kampanii wrześniowej na terenie ZSRR znalazło się kilkaset tysięcy Polaków. Cześć z nich została wywieziona już po ataku sowietów na Polskę inni przebywali tam już od czasów carskich, a jeszcze inni po prostu zamieszkiwali tereny zachodniej Ukrainy i Białorusi jako mniejszość etniczna. Wobec klęski aliantów - w skład, których wchodzili także i Polacy - na zachodzie, generał Władysław Sikorski zaczął rozważać możliwość utworzenie nowej polskiej armii w Związku Radzieckim. Już w czerwcu 1940 r. złożył on w tej sprawie pismo skierowane do rządu angielskiego, jednak na skutek sprzeciwu rządu polskiego w Londynie cała sprawa na pewien czas upadła. Powrócono do niej już po ataku Hitlera na ZSRR, kiedy to pod naciskiem ze strony USA i Wielkiej Brytanii 30 lipca 1941 r. podpisany został układ polsko-radziecki. Jego uzupełnienie stanowiła umowa o utworzeniu armii polskiej na froncie wschodnim.

Dowódcą mianowano gen. Władysława Andersa. Już wkrótce jego armia osiągnęła liczebność 75 tysięcy ludzi. Jednak w tym samym czasie znacznie pogorszyły się stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie, a ZSRR, co było spowodowane miedzy innymi odkryciem masowych grobów polskich oficerów w Katyniu. Skończyło się tym, że armia gen. Andersa została ewakuowana do Iranu, gdzie Anglicy zamierzali ja wykorzystać do obrony pól naftowych. Jednak w ZSRR ciągle pozostawało kilkaset tysięcy Polaków. Część z nich stanowili komuniści, którzy za zgodą rządu moskiewskiego założyli polityczną organizację – Związek Patriotów Polskich, z Wandą Wasilewską na czele. W kwietniu 1943 r. ZPP wysłał list do rządu radzieckiego z prośba o zezwolenie na utworzenie polskiej dywizji. Odpowiedź Rosjan była pozytywna. 8 kwietnia ogłoszono komunikat o formowaniu 1. dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

Jednostka zaczęła powstawać w Sielcach nad Oką, a na jej dowódcę mianowano pułkownika, a od 11 sierpnia 1943 generała majora (odpowiednik generała brygady) Zygmunta Berlinga. Jej struktura organizacyjna wzorowana była na radzieckich gwardyjskich dywizjach piechoty uzupełniona o kilka innych nieetatowych oddziałów jak na przykład pułk czołgów czy eskadra lotnicza. Ochotników była bardzo dużo, brakowało jedynie oficerów, dlatego ich braki uzupełnienia żołnierzami armii czerwonej. Dywizja zakończyła swoje formowanie w lipcu 1943 roku.

Sytuacja na froncie wschodnim

W tym okresie armia czerwona starła się z siłami nieprzyjaciela w największej bitwie pancernej w dziejach świata – w bitwie na łuku kurskim. Zakończyła się ona porażka Niemców, którzy od tej pory będą tylko się bronili przed posuwającą się na zachód armia radziecką. 7 sierpnia połączone siły Frontu Zachodniego i Kalinińskiego ruszyły do ofensywy, której celem było wyzwolenie lewobrzeżnej Ukrainy oraz okręgu smoleńskiego. Niemcy dysponowali na tym odcinku frontu 40 dywizjami i około 800 samolotami.
Jednak pod naporem sił frontu zachodniego byli oni zmuszeni do wycofania się na wcześniej przygotowane pozycje obronne na linii udnia-Lenino-Drybin-Sławgorod. Była to ostatnia rubież obronna przed Dnieprem, a jej utrata spowodowałaby zajęcie przez Rosjan kluczowych dla Niemców szlaków komunikacyjnych. Wyczerpane długimi walkami wojska radzieckie napotkawszy tak silną linię obrony zaprzestały działań w oczekiwaniu na uzupełnienia. Wśród tych nowoprzybyłych posiłków była także nowa polska dywizja, którą dowództwo Frontu Zachodniego zamierzało wykorzystać w kolejnym natarciu.

Przed bitwą

Wchodząca w skład 33 armii polska dywizja otrzymała zadanie przełamania niemieckiej obrony na odcinku od wsi Sysojewo do wsi Lenino, a następnie zniszczyć siły nieprzyjaciela w rejonie wsi Połzuchy i Trygubowo oraz przygotować przeprawy na Dnieprze w rejonie Orszy. Na skrzydłach miały nacierać dywizje radzieckie: 42 DP na prawym, a 290 DP na lewym. Cały atak miała wspierać 67 brygada artylerii haubic, co w połączeniu z artylerią ze wspomnianych trzech dywizji dawało 452 działa różnego kalibru. Stan osobowy 1 DP wynosił 12 177 żołnierzy, którzy mieli do dyspozycji 7530 karabinów, 166 CKM-ów, 166 moździerzy różnych kalibrów, 34 czołgi T-34, 7 lekkich czołgów T-70 oraz 3 samochody pancerne. Uzbrojenia było więc wystarczająco dużo, martwić mógł jedynie brak doświadczenia bojowego u dużej części żołnierzy.
Teren sprzyjał obrońcom. Główną przeszkodą dla atakujących była rzeka Miereja oraz bagnisty teren wokół niej. Dla piechoty nie był to jakiś większy problem, ale przeprawienie czołgów było praktycznie niemożliwe. Liczne osiedla i gęste zalesienie umożliwiały budowanie wielu stanowisk obronnych oraz skuteczne ich maskowanie. Niemcy główne stanowiska obronne oparli na górujących nad okolicą wzgórzach 215,5 oraz 217,6.
Plan gen. Berlinga zakładał, że w pierwszym ataku pójdą 1 i 2 pułk piechoty, trzeci natomiast ruszy do boju w drugim natarciu. Atak miał być poprzedzony prawie dwugodzinnym ostrzałem artyleryjskim. Już po ataku piechoty oddziały saperskie miały przygotować przeprawy dla czołgów na Mierei. W rezerwie pozostawały: kompania czołgów, kompanie rusznic przeciwpancernych oraz kompania CKM-ów. Początek natarcia zaplanowano na 12 października.

Bitwa

O godzinie 6:00 rozpoczęło się rozpoznanie walką. 1. batalion przeprawił się przez rzekę i dotarł do pierwszej linii okopów wroga gdzie nadział się na silny ogień z broni maszynowej oraz moździerzy. Niemcy mieli przewagę liczebna i groziło to okrążeniem polskiego oddziału, dlatego tez jego dowódca zdecydował się na wycofanie o kilkadziesiąt metrów gdzie część batalionu zdążyła już się okopać. Miał on tam pozostać i poczekać do rozpoczęcia właściwego natarcia.
Przygotowanie artyleryjskie rozpoczęło się o 9:20 i było przesunięte o godzinę względem planowanego z powodu gęstej mgły. Po godzinie padł rozkaz do ataku dla piechoty. W miarę posuwania się Polaków rósł i opór Niemców. Pomimo ciężkiego ostrzału wiele stanowisk obronnych pozostało nieuszkodzonych. Atakujący po zbliżeniu się do pierwszej linii okopów odpalili zielone i czerwone race sygnalizując w ten sposób artylerii, aby ta przeniosła swój ogień dalej na druga linię obrony, co miało zapobiec ostrzeliwaniu własnych oddziałów.
Po przegrupowaniu oddziałów doszło do pierwszego szturmu na niemieckie okopy. Szczególnie aktywna w tym czasie była 3. kompania. Wywiązała się walka wręcz. Pierwsza transzeja znalazła się wkrótce w rękach Polaków. Po tym sukcesie tempo natarcia zmniejszyło się, ponieważ w końcu odezwała się niemiecka artyleria, a dodatkowo polskie oddziały nie dostały obiecanego wsparcia czołgów gdyż ich przeprawa sprawiła znacznie więcej trudności niż się początkowo spodziewano. Niemcy ciągle mieli przewagę liczebną, a dodatkowo atakującym kończyły się podręczne zapasy amunicji i trzeba było czekać na zaopatrzenie.

2. batalion zbliżył się do 177 silnie bronionych Połzuch. Do skruszenia obrony przeciwnika Polacy wykorzystali pułkowa artylerię.1. kompania atakowała w środku natomiast dwie pozostałem miały za zadanie okrążyć wieś. Ten manewr zapewnił zwycięstwo kościuszkowcom i całe Połzuchy znalazły się pod kontrolą sił polskich.

Niestety operującym na skrzydłach 1 DP dywizjom radzieckim nie szło zbyt dobrze. 42 DP doszła jedynie do pierwszej linii obrony, ale nie mogąc jej zdobyć poprzestała na walce ogniowej. Natomiast 290 DP zdobyła pierwszą transzeję na swoim odcinku, ale wyczerpana walkami zatrzymała się. W ten sposób oba skrzydła polskich oddziałów były całkowicie odsłonięte i wystawione na kontrataki Niemców. Należy się tu może pewne usprawiedliwienie dla jednostek radzieckich. Otóż obie dywizje toczyły boje nieustannie od wielu tygodni bez odpoczynku, a ich stany osobowe wahały się w granicach 50%. Z tego też powodu ich żołnierze byli bardzo wyczerpani i po prostu nie byli w stanie dać z siebie już nic więcej.

W rezultacie wieś Trygubowo – która była celem 290 DP - pozostała przez Rosjan niezdobyta, a że Niemcy mieli tam swoje silne pozycje, z których ostrzeliwali Polaków, oddziały gen. Brelinga same musiały się tym zająć. I tak też się stało. Po krótkiej walce i zajściu przeciwnika ze skrzydła wieś została zdobyta. Jednak Niemcy byli zdeterminowani, aby odbić ten rejon i użyli do tego wszelkich dostępnych środków, łącznie z lotnictwem, które stale bombardowało pozycje kościuszkowców oraz przeprawy na Merei przygotowane dla czołgów, które wobec takiego obrotu spraw nie zdołały dotrzeć do wysuniętych linii gdzie miały pomagać w odparciu niemieckiego kontrnatarcia. Wiele maszyn ugrzęzło w błocie. Miało to decydujące znaczenie dla tej potyczki i zadecydowało o tym, że Polacy musieli wycofać się z zajętej tak niedawno wsi. Jednak i oni nie zamierzali tak łatwo się poddać. Po wycofaniu i przegrupowaniu się batalion wzmocniony dodatkowymi siłami drugiego rzutu ponownie przeszedł do ofensywy, podczas której udało się ponownie wejść na skraj Trygubowa. Polskie siły były jednak mocno nadwerężone a straty wśród oficerów powodowały, że wieloma oddziałami nie miał kto dowodzić. To oraz stałe ataki ze strony Wehrmachtu spowodowały kolejne odrzucenie atakujących oddziałów na około 350 metrów od wsi, gdzie polskie oddziały okopały się.
Była godzina 14:00 i można powiedzieć, że bitwa wchodziła w druga fazę. Feldmarszałek von Kluge za wszelką cenę chciał załatać wyłom utworzony przez Polaków w jego liniach obronnych i postanowił do tego użyć wszelkich dostępnych sił. Rozpoczął się kolejny atak od strony Trygubowa, tym razem przy wsparciu nie tylko lotnictwa, ale i potężnych samobieżnych dział Ferdynand. Polakom brakowało amunicji i sytuacja była naprawdę zła i kto wie jak to się mogło skończyć gdyby nie radziecka artyleria, która w odpowiednim momencie ostrzelała przedpole uniemożliwiając Niemcom przejście, a później wymuszając odwrót. Po tym Niepowodzeniu Niemcy spróbowali zaatakować na drugim skrzydle w rejonie wsi Połzuchy. Sytuacja powtórzyła się. Ich atak został powstrzymany przez działa z 67 brygady haubic. Jednak każdy rozkaz – a już szczególnie rozkaz feldmarszałka – trzeba wykonać, więc Niemcy podjęli kolejna próbę pod Trygubowem. Tym razem oprócz Ferdynandów w akcji wzięły udział czołgi. Nie wystarczyło to jednak, aby przełamać obronę 1 DP złożoną z dział kaliber 76 mm i rusznic przeciwpancernych. Zapadał zmierzch.
W nocy Niemcy ponownie próbowali przedrzeć się przez szeregi kościuszkowców i to parokrotnie. Za każdym jednak razem byli dostrzegani dostatecznie wcześnie, aby móc zorganizować skuteczną kontrakcję. Poważny sukces odniósł natomiast polski zwiad. Oddział zwiadowców przeprowadził śmiały rajd na tyły nieprzyjaciela i zaatakował sztab nieprzyjacielskiego batalionu w Trygubowie. Łupem padły mapy z planami niemieckich linii obronnych. Pozostałą część nocy obie strony wykorzystały do umocnienia swoich pozycji, wykopania nowych okopów, podciągnięcia uzupełnień, uzupełnienia zapasów, a także ewakuacji rannych. Co ciekawe do tego ostatniego zadania szeroko stosowane były w polskich oddziałach specjalnie przeszkolone psie zaprzęgi, które ciągnęły specjalne nosze na kółkach. Kiedy race oświetlały teren psy natychmiast się zatrzymywały i kładły na ziemię by natychmiast ponownie ruszyć, gdy znów będą niewidoczne.

Nastał nowy dzień a wraz z nim przystąpiono do realizacji nowego plany opracowanego przez dowództwo 33 armii. Zakładał on półgodzinne przygotowanie artyleryjskie od godziny 7:30, a zaraz po jego zakończeniu powinna ruszyć piechota. Niestety z powodu baków w zaopatrzeniu ostrzał trwał tylko 15 minut. Piechota ruszyła zgodnie z planem jednak tym razem miała do pomocy czołgi, które pod osłona nocy przeprawiły się na zachodni brzeg. Nie było ich dużo, bo zaledwie 12, ale i tak stanowiły ogromne wsparcie dla nacierających. Pomimo początkowych sukcesów ponownie dało o sobie znać niemieckie panowanie w powietrzu. Powtarzała się sytuacja z dnia poprzedniego, kiedy to ani jedna ani druga strona nie była w stanie odnieść ostatecznego zwycięstwa. Czołgi pozbawione wsparcia artylerii przeciwlotniczej stawały się łatwym łupem dla niemieckich Ju-87 i Ju-88. Większość maszyn została zniszczona lub przynajmniej unieruchomiona. Również piechota była przyciśnięta do ziemi i jedyne, co mogła zrobić to okopać się. Tym razem – nauczeni poprzednimi doświadczeniami – Niemcy nie atakowali na ziemi ograniczając się jedynie do ciągłych nalotów. Przez cały dzień doliczono się około 450 nieprzyjacielskich samolotów.
Ponieważ nie było żadnych widoków na osiągniecie sukcesu gen. Berling wydał rozkaz przejścia do obrony i umacniania zdobytych pozycji. Jednak pod wieczór 2 płk podjął jeszcze jedna próbę zdobycia Połzuch i po krótkiej, ale bardzo zaciętej walce odniósł pełen sukces zdobywając niemiecka transzeje na południowy zachód od wsi i okopał się na tych poniemieckich pozycjach. W tym czasie o 17:30 ze sztabu 33 armii przyszła informacja, że w nocy 1 dywizja zostanie zluzowana przez radziecką 164 DP i wycofana na tyły.

14 października do godziny 2:00 zluzowany został 2 pułk, a sześć godzin później również i 3 pułk. Nowa radziecka jednostka tego samego dnia przystąpiła do ataku, jednak jedynym jej sukcesem było zdobycie wzgórza 217,6. W następnych dniach natarcie kontynuowano, jednak wobec braku sukcesów 33 armia przeszła całkowicie do obrony i poczęła umacniać się na zajmowanych pozycjach. Ta część frontu pozostawała bez zmiany jeszcze przez prawie rok, aż do czerwca 1944 roku, kiedy to na Białorusi rozpoczęła się nowa wielka radziecka ofensywa.

Bilans i ocena bitwy

W czasie bitwy Niemcy bezpowrotnie stracili prawie 1400 żołnierzy, a 326 dalszych dostało się do niewoli. Polskie straty były jeszcze większe i wynosiły według różnych danych od 2859 do 3054 ludzi. Jednak cel, jakim było dokonanie pierwszego wyłomu w niemieckich liniach obronnych został osiągnięty. Za bohaterska postawę żołnierzom przyznano 247 polskich i 239 radzieckich odznaczeń bojowych, w tym trzy odznaczenia bohatera Związku Radzieckiego.
Różna jest ocena samej bitwy. Według jednych jest ona chlubą i legendą polskiej armii, według innych był to chytry plan Rosjan zmierzający do unicestwienia polskich oddziałów i tylko odmowa dalszej walki odsunęła groźbę unicestwienia dywizji, a sama nazwa bitwy „pod Lenino” służyła tylko celom propagandowym, gdyż same walki toczyły się wokół Połzuch i Trygubowa. Ocenę pozostawiam czytelnikom, ale parę faktów przedstawić trzeba. Po pierwsze, bitwa zaakcentowała obecność Polaków na głównym froncie drugiej wojny światowej. Po drugie, sprawa Polski na arenie międzynarodowej nabrała nowego wymiaru, gdy okazało się, że polska lewica dysponuje regularnymi oddziałami wojskowymi niezależnymi od rządu w Londynie i to te oddziały będą wyzwalał terytorium Polski spod niemieckiej okupacji.
Po trzecie, informacje o tej bitwie dodały otuchy partyzantom, a także zwykłym ludziom w Polsce, która ciągle jeszcze czekała na wyzwolenie. Po czwarte wreszcie, bitwa miała istotny wpływ na późniejszy szybki rozwój polskich sił zbrojnych na wschodzie – najpierw Pierwszego Korpusu, a następnie Pierwszej Armii, która swój szlak bojowy zakończyła w Berlinie. Jakkolwiek by bitwy pod Lenino nie oceniać jest ona faktem historycznym o istotnych dla Polski następstwach.

Bibliografia

"Polacy w bitwie pod Lenino" Czesław Podgórski Wyd. Interpress, Warszawa 1973 r.
"Lenino październik 1943" Zdzisław Czerwiński Wyd. MON, Warszawa 1970 r.
"Gazety wojenne" nr 51 Wyd. P.O. Polska, Warszawa

Artykuł Onetu na ten sam temat: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/ani-zwyciestwo-ani-pod-lenino/86qb6

sobota, 5 października 2013

Co dalej z działkami? Projekt obywatelski do kosza?

 Niebezpieczna ustawa: Działkowcy stracą swoje działki (skopiowane z Fakt.pl)

Fakt.pl » Pieniądze » Finanse » Posłowie dzielą działkowców na lepszych i gorszych. »
Niebezpieczna ustawa: Działkowcy stracą swoje działki
Słowa kluczowe: działki, likwidacja, ogrody działkowe, posłowie, rząd, ustawa
A A+ A++ 04.10.2013 16:11


Premier obiecuje działkowcom uwłaszczenie. Mydli im oczy! Prawda jest brutalna: jeśli ktokolwiek skorzysta z tego przywileju, to będą to nieliczni. Nowe prawo dzieli działkowców na lepszych i gorszych, a to prosta droga do tego, by ustawę zakwestionował Trybunał Konstytucyjny. Wówczas zapanuje wolna amerykanka. Samorządy przejmą ogródki działkowe i będą mogły sprzedawać je deweloperów.

– Efektem końcowym prac nad nową ustawą o ogrodach działkowych będzie ochrona działkowców i ogrodów działkowych – to słowa premiera Donalda Tuska z czerwca. Wtedy posłowie zaczynali prace nad nowym projektem ustawy dotyczącej działek. Zdecydowano, że na bazie czterech projektów: obywatelskiego przygotowanego przez samych działkowców, a także projektów autorstwa PO, Solidarnej Polski i SLD przygotowana zostanie nowa ustawa. Wiodącym dokumentem miał być projekt przygotowany przez działkowców, pod którym podpisało się aż 925 tys. osób.
Zmiana przepisów jest konieczna. Trybunał Konstytucyjny zakwestionował 24 przepisy obecnej ustawy o ogrodach działkowych. I dał czas na ich zmianę do 21 stycznia 2014 roku.
Od słów premiera minęły trzy miesiące. I co? Projekt w wielkich bólach, owszem, powstał. Tyle że w niczym nie przypomina on projektu obywatelskiego. – W najgorszych oczekiwaniach nie spodziewaliśmy się takiej manipulacji w pracach nad nową ustawą działkową – mówi prezes Polskiego Związku Działkowców Eugeniusz Kondracki. Jego zdaniem, posłowie tak ją zmienili, że nie przypomina już pierwotnego projektu.

Prawo dla wybranych
O co chodzi? Posłowie PO wprawdzie wprowadzili zapis umożliwiający działkowcom przejęcie ogrodów na własność, na czym bardzo im zależy. Ale z tego przywileju skorzysta tylko część osób.
Uwłaszczenie będzie możliwe tylko na tych gruntach, których właścicielem lub użytkownikiem wieczystym jest Polski Związek Działkowców. Ma on w użytkowaniu wieczystym 63 proc. terenów, na których funkcjonują działki. W takich miastach, jak Lublin, Tarnobrzeg czy Zielona Góra z uwłaszczenia skorzystaliby wszyscy działkowcy. Ale już np. w Krakowie uwłaszczeniem objętych byłoby tylko 2 proc. ogrodów. Jeszcze gorzej jest w Warszawie, gdzie z tego przywileju mogliby skorzystać działkowcy tylko jednego ze 174 ogródków. Co z resztą? Mogliby je dalej dzierżawić.
– Uwłaszczenie tylko pewnej kategorii działkowców objętych użytkowaniem wieczystym mogłoby doprowadzić do uznania takiego uwłaszczenia jako niekonstytucyjnego – ostrzega dr hab. Wojciech Orłowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Działkowcy idą do premiera
Posłowie jednak nie słuchają ekspertów. I na siłę forsują przepisy, które podzielą Polaków na lepszych i gorszych. Rezultat może być taki, że ustawa w ogóle nie wejdzie w życie, bo nawet jeśli uchwali ją Sejm i Senat, to prezydent zaskarży ją do Trybunału Konstytucyjnego. Co wtedy? – Ogródki w majestacie prawa będą mogły zostać zlikwidowane, bo przepisy, które dziś regulują ich funkcjonowanie, po prostu przestana obowiązywać! Ogrody, które dziś często znajdują się w bardzo atrakcyjnych miejscach, przejdą na rzecz samorządów. A te będą mogły sprzedać je np. deweloperom – ostrzega Bartosz Kownacki z PiS, były przewodniczący podkomisji zajmującej się działkom projektem. A może właśnie o to chodzi rządzącym?
Na poprawienie projektu i uchwalenie zadowalającej działkowców ustawy jest już bardzo mało czasu – około 100 dni. Pod warunkiem, że posłowie w ogóle zechcą takie poprawki wprowadzić. Działkowcy w to już nie wierzą. Dlatego 10 października szykują marsz na Warszawę. Do stolicy ma przyjechać 15 tysięcy osób. Będą domagać się wprowadzenia zmian w projekcie, który umożliwi wszystkim działkowcom na równych prawach korzystać z ogrodów. I przypomną premierowi, jakie obietnice złożył im kilka miesięcy.
********************************************************************************************** PS.
Nie jest prawdą, że ogrody działkowe to relikt komunizmu: http://tiny.pl/h4zzv  

Słowaccy działkowcy tracą działki: http://tiny.pl/h48lb

Specjalne "podziękowanie" od działkowców należy się panu B. Kownackiemu (poseł PiS przewodniczący sejmowej podkomisji przygotowujacej ustawę działkową) -"Działkowcy! Zapamiętajcie" - http://tiny.pl/qx3q1



Do zobaczenia przy urnach wyborczych! 

wtorek, 1 października 2013

Zaolzie było polskie!

2 października 1938 roku oddziały Wojska Polskiego dowodzone przez gen. Władysława Bortnowskiego, witane owacyjnie przez ludność polską, zajęły należącą do Czechosłowacji część Śląska Cieszyńskiego zwaną Zaolziem. Polacy stanowili tam większość mieszkańców. Dziś mija 75 rocznica.
skopiowałem z:
ZAOLZIE
Polski Biuletyn Informacyjny
dokumenty,  artykuły, komentarze, aktualności

Numer 1/2006 (25)
CIESZYN
23  stycznia 2006

SPIS TREŚCI

CZESKIE ZBRODNIE ZAGŁADY
POLSKOŚCI  ŚLĄSKA  ZAOLZIAŃSKIEGO
MOŻNA  WYBACZYĆ,
LECZ  NIE  WOLNO  O  NICH  ZAPOMNIEĆ !

Najpierw było długoletnie milczenie. O tej zbrodni (patrz zdjęcie nr 1) nie wolno było wspominać przez ponad 70 lat, z krótką przerwą na przełomie 1938/39 roku, kiedy Zaolzie na jedenaście miesięcy wróciło do Polski.

Ciała 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy na stonawskim cmentarzu
Zdjęcie nr 1. Ciała 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy na stonawskim cmentarzu

Wtedy to - w dwudziestą rocznicę czeskiej zbrodni - upamiętniono ofiary bestialskiego mordu. Nad zbiorową mogiłą polskich jeńców w zaolziańskiej Stonawie - żołnierzy 12 wadowickiego pułku piechoty - zakłutych przez czeskich żołdaków bagnetami i dobijanych kolbami karabinów, odbyła się uroczystość złożenia kwiatów (patrz zdjęcie nr 2), podczas której przemawiał wojewoda katowicki Michał Grażyński. Odbiło się to wówczas szerokim echem nie tylko na Zaolziu. Wkrótce jednak wybuchła II wojna światowa, a po niej nowe czeskie panowanie. Choć ten fragment historii naszych stosunków z południowymi sąsiadami po wojnie wymazano nawet z polskich  podręczników historii, staraniem miejscowych polskich mieszkańców, nigdy nie zabrakło na tej mogile kwiatów, zaś w dniu Wszystkich Świętych zawsze paliły się świece.
wojewoda śląski Michał Grażyński
Zdjęcie nr 2. W dwudziestolecie tragedii w Stonawie nad mogiłą poległych i pomordowanych przemawiał wojewoda śląski Michał Grażyński
 
    Gdy tylko na początku lat dziewięćdziesiątych zaistniała taka możliwość, miejscowi działacze Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w Stonawie zwrócili się do Konsulatu Polskiego w Ostrawie o pomoc finansową przy rekonstrukcji tego miejsca pamięci narodowej (patrz zdjęcie nr 3).

Widok mogiły 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy po rekonstrukcji w 1991 roku.
Zdjęcie nr 3 Widok mogiły 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy po rekonstrukcji w 1991 roku.

O konformizmie ówczesnych  przedstawicieli dyplomatycznych RP - a może i obawach miejscowych działaczy przed czeskimi prześladowaniami - świadczy tablica, ufundowana wtedy przez ostrawski konsulat. Wyryto na niej napis: Dwudziestu poległym dnia 26 stycznia 1919 w Stonawie. W myśl poprawności politycznej rządzącej wtedy w Polsce Unii Demokratycznej (tę partię reprezentował ostrawski konsul generalny) nie ma na tej tablicy ani słowa o pomordowanych, chociaż poległych było kilku, natomiast kilkunastu, wbrew postanowieniom konwencji genewskiej o jeńcach wojennych, zostało bestialsko zamordowanych. Zresztą Czesi od samego początku swych zabiegów o zaanektowanie Śląska Cieszyńskiego nie kierowali się prawem międzynarodowym. Bez wypowiedzenia wojny dokonali zdradzieckiej napaści na polskie rubieże.
            O czesko-polskim sporze granicznym po pierwszej wojnie światowej pisaliśmy już w naszym biuletynie, zwłaszcza w jego pierwszym numerze z 23 stycznia 2004. Gwoli przypomnienia podajemy jednak kilka faktów związanych z tamtymi wydarzeniami.
            Po załamaniu się monarchii austriackiej w r. 1918, zbierająca się na wiecach ludność Ziemi Cieszyńskiej opowiedziała się za utworzeniem przez polskie partie polityczne Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego. Tym samym mieszkańcy tej ziemi wypowiedzieli się za przynależnością do Polski, odradzającej się po 130 latach niewoli. 5 listopada 1918 została w tej sprawie podpisana umowa między wspomnianą Radą Narodową Księstwa Cieszyńskiego oraz czeskim Zemským národním výborem pro Slezsko (dalej ZNV) w Ostrawie dotycząca tymczasowego  rozgraniczenia i współdziałania lokalnych władz polskich i czeskich, oparta na istniejących układach etnicznych. Woli miejscowej ludności, opowiadającej się za przynależnością do Polski  nie respektowali czescy politycy w Pradze, choć było to niezgodne z programem pokojowym prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Woodrowa Wilsona z 22 stycznia 1918, mówiącym o samostanowieniu narodów, na mocy którego również i Czesi - po prawie trzystu latach poddaństwa - odzyskali swoją państwowość. W aspiracjach do panowania nad całym dawnym Księstwem Cieszyńskim bez ogródek posługiwali się argumentami ekonomicznymi, chęcią zagrabienia tamtejszych bogactw naturalnych oraz zawładnięcia prowadzącą przez te tereny koleją koszycko-bogumińską, zbudowaną w czasach austriackich. Określił to bez żenady w książce „O Těšínsko”, wydanej w r.1928, Ferdinand Pelc, który w r. 1918 przewodniczył ZNV w Ostrawie, pisząc: „szło o to, by dostać do naszych rąk tereny z większością polską lub niemiecką, mieszkającą na obszarze polskim i to za zgodą mieszkańców tego terytorium, bądź bez ich zgody, przy użyciu wojska”.
            Do akcji zbrojnej zaczęli się Czesi przygotowywać już w grudniu 1918. Do momentu uformowania się armii czechosłowackiej w oparciu o austriackie kadry dowódcze i przesłane z Włoch i Francji dywizje legionarzy, nie podjęli jednak działania. Czechosłowackie przygotowania wojskowe nie były obce Dowództwu Okręgu Wojskowego w Cieszynie, którym kierował pułkownik Franciszek Ksawery Latinik. Informował on systematycznie swoich zwierzchników w Krakowie i w Sztabie Głównym w Warszawie. Tam jednak nie doceniono należycie wieści o zagrożeniu czeskim, gdyż w tym czasie większość sił zbrojnych zaangażowana została w obronę Lwowa i Małopolski Wschodniej przed Ukraińcami (dokąd skierowano również jednostki wojskowe z Cieszyna) oraz we wsparcie Powstania Wielkopolskiego.   
            Ten tragiczny błąd, wywodzący się z - ponawianej już w historii - naiwnej wiary w uczciwość deklaracji południowego, słowiańskiego sąsiada, Czesi  skwapliwie wykorzystali. Mając ogromną przewagę w ludziach i uzbrojeniu, dokonali 23 stycznia 1919 podstępnej, zdradzieckiej napaści na Śląsk Cieszyński. Przebrani w mundury armii alianckich tegoż dnia około godz. 10.30 wezwali pułkownika Latinika do wycofania polskich wojsk za granicę Śląska Cieszyńskiego, grożąc że w przeciwnym razie siły koalicyjne przystąpią o godz. 13 do obsadzenia jego obszaru. Pułkownik Latinik nie zorientował się od razu, że chodzi o mistyfikację i nie zdążył aresztować jej aktorów. Tymczasem w wysuniętej najbardziej na północ części późniejszego Zaolzia już z samego rana, tegoż dnia, rozpoczęto zbrojny atak na bogumińską linię demarkacyjną. Również i w Boguminie próbowano podobnej mistyfikacji jak w Cieszynie, lecz dowodzący tam pułkownik Mroczkowski zorientował się, że chodzi o podstęp, skontaktował się ze swoim dowództwem i otrzymał jednoznaczny rozkaz obrony miasta, wraz z tamtejszym węzłem kolejowym. Polacy zostali jednak otoczeni przez czeskich żołnierzy, którzy już wcześniej niepostrzeżenie  przybyli do Bogumina, przekraczając granicę przebrani za cywilów i dopiero w ostatniej chwili zakładali mundury wojskowe oraz wyciągnęli ukrytą broń. Nie widząc wyjścia z tej sytuacji, pułkownik zdecydował się na wyprowadzenie swych żołnierzy z bogumińskiej pułapki. Dowodzący w Boguminie czeski major Sykora obiecał podstawienie specjalnego pociągu do wywiezienia Polaków w zamian za uwolnienie czeskich jeńców przetrzymywanych w Piotrowicach. Kiedy jednak czescy  jeńcy zostali uwolnieni, polskich żołnierzy wzięto do niewoli, zaś bogumiński węzeł kolejowy, wraz z całym miastem, został opanowany przez Czechów.
            Tego samego dnia stoczono też bitwę o polską część Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego. Jego obroną kierował dowódca garnizonu frysztackiego podpułkownik Stanisław Springwald, dysponujący trzema kompaniami piechoty oraz miejscową milicją. Również i tu czeski atak rozpoczął się od uderzenia na dworzec kolejowy w Dąbrowej, i tak samo jak w Boguminie zastosowano podstęp. Ataku dokonali „cywilni” przybysze, ukryci uprzednio w hotelu sąsiadującym z dworcem kolejowym, którzy obrzucili polskie stanowiska granatami. W Karwinie dali się atakującym Czechom we znaki górnicy, ostrzeliwując ich spoza domów i drzew. Walki trwały w tym dniu i w innych miejscowościach. Bój o Karwinę został rozstrzygnięty następnego dnia, kiedy Czesi przerzucili tam dwa bataliony wojska z opanowanego już Bogumina. Dzięki zdobyciu tych celów atakujący Czesi weszli na zaplecze dotychczasowych polskich linii obronnych.  W tych okolicznościach następnego dnia nie kontynuowali już na tym odcinku działań zaczepnych, lecz zajęli się umocnieniem na zdobytych pozycjach i szukaniem broni w domach  polskich mieszkańców oraz ich pacyfikowaniem (np. rozstrzeliwanie za posiadanie jednego naboju karabinowego, czy wzięcie do niewoli cywilnych zakładników, pod groźbą ich rozstrzelania w razie ataku na czeskich żołnierzy). Lokalni, polscy przywódcy narodowi i robotniczy zostali w tym dniu internowani i zamknięci w gmachu polskiego sierocińca w Orłowej. Ten i inne fakty związane z czeską napaścią opisała z autopsji Zofia Kirkor-Kiedroniowa w rozdziale ósmym, drugiego tomu swoich Wspomnień.  
            Wieczorem 23 stycznia, tzn. kilka godzin później, niż na północy, Czesi zaatakowali również na odcinku południowym zachodniej części Ziemi Cieszyńskiej, od strony tunelu w Mostach, graniczących ze Słowacją, skąd nadjechały pociągi z trzema batalionami legionarzy z formowanego we Włoszech pułku piechoty. Tego odcinka bronił ze strony polskiej jeden pluton piechoty pułku Ziemi Cieszyńskiej, dowodzony przez podporucznika Gustawa Krzystka, wspierany przez miejscową milicję. Wobec przeważającej liczby wroga, nie mogąc liczyć na jego odparcie w starciu zbrojnym, polscy obrońcy tego odcinka rozmontowali po swojej stronie tunelu tory, co nie powstrzymało ataku, lecz opóźniło nieco czeskie natarcie na Jabłonków, Trzyniec i Cieszyn. Stoczono też górską bitwę w okolicy miejscowości Gródek, w której obydwie strony poniosły straty w ludziach. Podobnie jak w powiecie karwińskim, Czesi i tu dopuszczali się zbrodni ludobójstwa, mordując jeńców i rannych, żołnierzy i cywilów. Przykładem ich bestialstwa była na tym odcinku śmierć robotnika huty trzynieckiej Karola Stryi, którego po wzięciu do niewoli zbito kolbą karabinu, zepchnięto do potoku i dobito strzałem w głowę. Podobne zbrodnie popełnili czescy mordercy w mundurach wojskowych w niedzielę 26 stycznia w Stonawie i Olbrachcicach, kiedy ludność miejscowa zamierzała, po nabożeństwach w swoich kościołach, pójść do urn i wziąć udział w wyborach do parlamentu Rzeczypospolitej, odbywających się w tym dniu w całej Polsce. Nie dopuszczenie mieszkańców Ziemi Cieszyńskiej do udziału w tych wyborach było głównym powodem rozpoczęcia czeskiego zdradzieckiego ataku na Śląsk Cieszyński tuż przed tą datą. Zajmujący się tą problematyką historycy czescy, z Jaroslavem Valentą na czele, nawet jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku bez żenady akceptowali takie postępowanie. Masowy udział ludności w tych wyborach byłby bowiem namacalnym potwierdzeniem jej woli przynależenia do Polski, a do tego Czesi nie chcieli dopuścić.
            Bestialskie morderstwa, dokonane przez czeskich zbirów w mundurach wojskowych w Stonawie, stały się swego rodzaju cichym symbolem. Choć podobnych morderstw dopuścili się Czesi i w innych miejscowościach, ta nie uległa zapomnieniu dzięki staraniom miejscowego księdza Franciszka Krzystka i okolicznej ludności. To ksiądz Krzystek zorganizował zbiórkę bielizny, by choćby w ten sposób okryć nagość zamordowanych i ogołoconych żołnierzy. To na Jego zlecenie Leo Beer,  zawodowy fotograf z niedalekiego Frysztatu wykonał zdjęcia ofiar zbrodni, to On zadbał o zapisanie  nazwisk zidentyfikowanych zwłok w księdze parafialnej, choć nie wszystkie personalia udało się ustalić. Bezwzględni czescy mordercy zdzierali bowiem ze swych ofiar i kradli odzież oraz obuwie wraz z dokumentami osobistymi. To ksiądz Krzystek, ścigany przez Czechów (patrz zdjęcie nr 4) , postarał się też o godny pochówek ofiar stonawskiej zbrodni, w czym pomagali Mu miejscowi wierni.
Pomnik na grobie ks. dziekana Franciszka Krzystka, proboszcza ze Stonawy
Zdjęcie nr 4. Pomnik na grobie ks. dziekana Franciszka Krzystka, proboszcza ze Stonawy, który przyczynił się do wykonania dokumentacji dotyczącej ofiar tragedii. Ze stycznia 1919r.
            W zbiorowej mogile, wyłożonej podarowanymi przez Księdza deskami, którymi nakryto również zwłoki ofiar, gdyż nie sposób było zrobić w tak krótkim czasie tylu trumien, spoczęli żołnierze 12 wadowickiego pułku piechoty. Zostali skierowani do obrony tej ziemi w chwili, gdy chłopcy spod Cieszyna walczyli na Wschodzie, dokąd wysłano ich w wierze w pokojowe deklaracje Masaryka i Beneša. Marszałek Józef Piłsudski, zdając sobie sprawę z błędu, popełnionego na skutek nieuzasadnionego zaufania wobec czeskich przywódców, oświadczył: „Dając wiarę deklaracjom Masaryka i wyraźnym zapewnieniom rządu praskiego, który wielokrotnie przyznawał nasze prawa do kwestionowanych obszarów, pozostawiłem na tych terenach jedynie drobne jednostki wojskowe. Uważam tę niespodziewaną napaść za nieopisaną zdradę ze strony Czechów”.
            Pomimo ogromnej przewagi militarnej czeskich najeźdźców, dowódca Okręgu Wojskowego Cieszyn, pułkownik Franciszek Ksawery Latinik – po tym jak w momencie zaskoczenia uwierzył czeskim przebierańcom – wraz ze swoim zwierzchnikiem, dowódcą Okręgu Generalnego w Krakowie, generałem Emilem Gołogórskim, postanowili zastosować manewr taktyczny. By nie dopuścić do zbrojnego zajęcia i zniszczenia przez Czechów Cieszyna, zdecydowano się na utworzenie - obok linii obronnej w zachodniej części Śląska Cieszynskiego - także linii odwrotu na Wiśle. Dzięki temu manewrowi, Czesi zamierzający zająć cały Śląsk Cieszyński, aż po rzekę Białkę, zostali pod Skoczowem odparci i zmuszeni do wycofania.
 Nazwy miejscowości, w których stoczono bitwy podczas czeskiej, zdradzieckiej napaści w styczniu 1919, zostały w r. 1934 umieszczone na kartuszach u dołu postumentu pomnika Cieszyńskiej Nike (patrz zdjęcie nr 5), zniszczonego przez Niemców w pierwszym dniu II wojny światowej. Pisaliśmy już kilkakrotnie o trwającej  rekonstrukcji tego pomnika. Wspominaliśmy też o czeskim konsulu generalnym z Katowic, który 12 października 2005 - za zgodą gospodarzy - zaprosił do cieszyńskiego ratusza przedstawicieli Społecznego Komitetu Odbudowy Pomnika. „W imię dobrosąsiedzkich stosunków” usiłował ich nakłonić do nie zamieszczania na postumencie kartuszy  z nazwami pól bitewnych, związanych z czeską agresją w zaolziańskiej części Ziemi Cieszyńskiej. Czeski konsul stawiał też żądania, by odsłonięcia pomnika nie dokonywać w kontekście jakichkolwiek rocznic ważnych dla narodu polskiego, gdyż mogłoby to drażnić Czechów. W państwie w pełni demokratycznym obcy dyplomata, dopuszczający się takiego nacisku w celu przemilczania zbrodni popełnionych w przeszłości przez swoich rodaków, miast dążyć do pojednania w imię prawdy, ryzykowałby, że stanie się „personą non grata”. Tymczasem w  samym  Cieszynie, zdominowanym przez liberałów,  mówi się o tym fakcie szeptem, by nie daj Boże nie narazić się sąsiadom.
 
Pomnik Cieszyńskiej Nike z kartuszami u podnóża
 
Zdjęcie nr 5. Pomnik Cieszyńskiej Nike z kartuszami u podnóża
 
W tym kontekście napawają otuchą słowa Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, z Jego orędzia wygłoszonego przed Zgromadzeniem Narodowym 23 grudnia 2005, podczas uroczystości Jego ślubowania: „moim zadaniem jest doprowadzić do tego, by nasze stosunki z innymi państwami stały się czynnikiem dynamizującym przemiany, wzmacniającym nasze poczucie wartości i nasze przywiązanie do Ojczyzny. Drogą do tego jest odrzucenie narodowych kompleksów, ciągłego podnoszenia naszych słabości, chorobliwej tendencji do naśladownictwa także wtedy, gdy chodzi o zjawiska i postawy wątpliwe, czy też jawnie szkodliwe. Aby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być. Gdy się chce szacunku innych, trzeba najpierw szanować siebie”.
Nawiązując do tytułu niniejszych rozważań, w kontekście powyższego cytatu, warto uzmysłowić zwłaszcza młodszemu pokoleniu czytelników, że to nie my - Polacy - winniśmy z zażenowaniem wymawiać słowo Zaolzie. To zażenowanie jest wynikiem kompleksów wpajanych polskiemu społeczeństwu przez lata komunizmu. To nie Polska i Polacy winni przepraszać Czechów za Zaolzie, lecz w imię prawdy historycznej powinni zostać przez Czechów przeproszeni. Agresja roku 1919 była tylko tragicznym preludium do okrutnego i zbrodniczego prześladowania miejscowych Polaków w dwudziestoleciu międzywojennym ubiegłego wieku i dobrze przemyślanej, celowej depolonizacji również po II wojnie światowej. Rok 1938, kiedy to Beneš sam zaproponował Polsce zwrot spornego terytorium, był dla wielu Zaolzian krótkim okresem wytchnienia, zachłyśnięcia się wymarzoną niepodległością, na nowo niestety odebraną w niespełna rok później przez agresorów niemieckich. 
Dziś, kiedy liczba polskich mieszkańców Zaolzia stopniała już prawie pięciokrotnie na skutek intensywnego, dobrze przemyślanego, celowego wynaradawiania (wysiedlenie wielu tysięcy Polaków ze Śląska Zaolziańskiego po pierwszej i drugiej wojnie światowej, prowokacje i długoletnie więzienia z pracą w kopalniach uranu z późniejszymi śmiertelnymi skutkami, konfiskaty polskiego mienia społecznego, likwidacja szkolnictwa polskiego i polskości kościołów, zacieranie historycznych nazw polskich miejscowości i eliminacja języka rdzennej ludności z życia publicznego i in.)  chciałoby się – w połączonej Europie – usłyszeć od Czechów słowa, które nigdy dotąd nie padły z ust ich przedstawicieli: „Zawiniliśmy! My i nasi przodkowie. Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
Mając w świeżej pamięci również inne słowa ze wspomnianego orędzia prezydenckiego: „Polska i jej prezydent nigdy nie mogą zapomnieć o rodakach żyjących poza granicami kraju” i że „nasz kraj potrzebuje rozliczenia przeszłości”,  rozpoczęliśmy rok 2006 rok w naszym zespole redakcyjnym z nadzieją, że właściwej oceny doczeka się także prawda o zaolziańskiej Golgocie XX wieku.              
Alicja Sęk
....................................................................................................................................................................
PS. IPN milczy. Czy w jakimś podręczniku historii jest coś na ten temat?

I jeszcze jedno: Czy w w 1945 r. mogła wybuchnąć wojna polsko-czechosłowacka? https://wiadomosci.onet.pl/kraj/czy-w-w-1945-r-mogla-wybuchnac-wojna-polsko-czechoslowacka/bwh0gvy  

poniedziałek, 30 września 2013

Lato minęło. Na wesoło

Iksiński sam był na wczasach, bez żony.  Małżonka dokładnie sprawdza garnitur i rzeczy męża po powrocie. Nie znajduje ani jednego kobiecego włoska i mówi:
-No tak! Ty już nawet łysej babie nie przepuścisz!

Syn wyjeżdża na wakacje do babci. Kupię mu wuwuzelę, niech teściowa się ucieszy !

John mieszkał na farmie leżącej na odludziu, o kilkanaście mil od najbliższej siedziby człowieka. Pewnego razu postanowił zrobić porządki w ogrodzie, ale nie miał sekatora. Wybrał się więc do swojego najbliższego sąsiada. Ponieważ dzielił go od niego szmat drogi, z nudów zaczął po drodze kombinować jak to będzie gdy już dojdzie do kumpla…
„Ja powiem „cześć” a on zapyta co mnie sprowadza. Więc powiem mu, że chcę pożyczyć sekator. On pewnie spyta po co mi sekator, więc ja mu powiem, że to nie jego interes. No to on powie, że jak sekator jest jego to chce wiedzieć po co go pożyczam. Więc ja…”
 I tak John pokłócił się sam ze sobą i bił z myślami. Gdy po paru godzinach dotarł do celu, to aż się gotował ze złości. Załomotał pięścią w drzwi, sąsiad otworzył.
- O, cześć stary ! Co cię do mnie sprowadza ?
- W D***E MAM TWÓJ SEKATOR! – wrzasnął John i zawrócił do domu.

Żona pojechała na szkolenie w góry, po powrocie pokazała mężowi zdjęcia, swoje i dwóch przyjaciółek na dowód że z nimi była. .
Męża jednak nie nabrał wątpliwości, wziął zdjęcia i pojechał do ośrodka w którym była żona.
W ośrodku pokazuje zdjęcie recepcjoniście i pyta jak się sprawowała pierwsza z przyjaciółek żony.
Recepcjonista na to:
- Co ja będę panu dużo mówił, cały czas kogoś sobie sprowadzała.
Mąż lekko zirytowany pokazuje na drugą przyjaciółkę żony i pyta się jak ta się zachowywała.
Recepcjonista na to:
- Panie, ta to jeszcze gorzej, praktycznie nie wracała, tylko cały czas u innego faceta nocowała.
Mąż już nieźle wkurzony pokazuje na swoją żonę i pyta się:
- A jak ta się zachowywała?
Recepcjonista:
- Ta to najporządniejsza, proszę pana  –  z mężem przyjechała i z mężem wyjechała.

Zdesperowana dziewczyna stoi na nadbrzeżu i pyta młodego marynarza, którym statkiem może dopłynąć do Ameryki Południowej, bo chce mieć pełne wrażeń wakacje.
Na to marynarz:
- Zabiorę cię na pokład naszego statku, ukryje, przemycę aż do Amazonii. Przez cały rejs będę cię karmił, będę ci dawał radość, a ty będziesz mnie dawać radość. Nie będzie źle
Dziewczyna, chcą zwiedzić kawałek świata, poszła z nim na statek.
Jak obiecywał tak zrobił – ukrył ją pod pokładem, raz na jakiś czas podrzucał jej kanapkę, jakiś owoc lub coś do picia, a całe noce spędzali na miłosnych igraszkach.
Sielankę przerwał kapitan, który pewnego dnia odkrył kryjówkę dziewczyny.
- Co tu robisz? … zapytał surowo.
- Mam układ z jednym z marynarzy. Zabrał mnie do Ameryki, karmi mnie, a ja mu pozwalam robić ze mną, co chce. Mam nadzieje, że kapitan go nie ukarze?
- Nie – odpowiedział kapitan. Chciałbym jednak, żebyś wiedziała, że jesteś na pokładzie promu Wolin – Świnoujście – Wolin….

- Halo? Cześć, Młody. Wsiadaj w auto i przyjeżdżaj do nas na działkę.
- Nie chcę.
- Czemu? Będą panienki, wódeczka, grillik. Dawaj!
 - Tata, nie dam się zrobić w wała drugi raz. Sami se zbierajcie te jabłka.

Wchodzi do lokalu facet z koszykiem, siada za barem i zamawia:
- Poproszę dwie setki – jedną normalnie, drugą – w naparstek.
Kelner trochę się zdziwił, ale nalał. Na to gość wyciąga z koszyka faceta wzrostu ok. 1/2 m. Posadził go obok siebie na ladzie, golnęli sobie i facet mówi:
- Jeszcze po jednym.
Kelner znowu nalał, jednak nie wytrzymał i pyta:
- Przepraszam że tak pytam, ale co się temu panu stało, że jest taki mały?
- Spędzaliśmy wakacje w Afryce - odpowiada gość - i w takiej jednej wiosce powiedział do faceta - jak to było Wacek? Aha, że jest d..a nie czarownik…

Przychodzą turyści do baru przy wschodniej granicy i patrzą co jest w karcie:
- Rosołek: wykreślony
- Schabowy: wykreślony
- Barszcz: wykreślony
- Bigos: wykreślony itd. a na końcu karty: – Ruskie.
Na co jeden mówi:
- Nieładnie.  Nie dość, że wszystko zeżarli, to się jeszcze bezczelnie podpisali. 

Dwaj panowie rozmawiają przy kieliszku:
- Ech, życie jest ciężkie… – wzdycha jeden z nich.
- Miałem wszystko, o czym człowiek może marzyć: cichy dom, pieniądze, dziewczynę…
- I co się stało?
- Żona wróciła z wczasów tydzień wcześniej.
                                                                 

piątek, 27 września 2013

Krzywa Laffera-Rostowskiego

Krzywa Laffera-Rostowskiego
Krystian Maj/FORUM

Krzywa Laffera-Rostowskiego

                    (skopiowane)
Data publikacji: 2013-09-23 07:00
Data aktualizacji: 2013-09-23 07:22:00
Minister finansów Jacek Rostowski widocznie musiał dokonać przełomowego odkrycia w dziedzinie ekonomii. O ile amerykański ekonomista Arthur Laffer twierdził, że po przekroczeniu pewnego poziomu podatków wpływy budżetowe zaczynają spadać, minister Rostowski cały czas podnosi podatki … .

Laffer wyszedł z prostego założenia, iż w momencie, gdy podatki są zerowe, zerowe są również wpływy do budżetu. Z drugiej strony, gdyby stawka podatku wynosiła 100 proc., dochody rządu również wynosiłyby zero, ponieważ nikt nie chciałby pracować za darmo. Pomiędzy tymi punktami krańcowymi znajduje się optimum wysokości podatków i budżetowych przychodów podatkowych.

Polska jest dobitnym przykładem tego, iż owe optimum zostało przekroczone i że znajdujemy się w spadkowej części wykresu funkcji, jaką opracował kilkadziesiąt lat temu Arthur Laffer. Coraz wyższe ciężary podatkowe zniechęcają do zakładania i prowadzenia działalności gospodarczej oraz zwiększania zatrudnienia, skłaniają za to do unikania płacenia podatków i uciekania w szarą strefę. Mniejsza zarejestrowana działalność gospodarcza to z kolei mniejsze wpływy do budżetu. Tę prostą zależność byłoby w stanie pojąć dziecko na wczesnym etapie edukacji.

Tymczasem wygląda na to, że rząd zmodyfikował krzywą Laffera, ponieważ minister finansów najwyraźniej uważa, że wykres jej funkcji nie powinien mieć kształtu paraboli o ramionach skierowanych w dół, ale rosnącej prostej, gdzie wzrostowi obciążeń podatkowych odpowiada permanentny i proporcjonalny wzrost podatkowych wpływów do budżetu.

Minister Rostowski trwa w swym przeświadczeniu mimo, iż istnieje na świecie wiele przykładów potwierdzających spostrzeżenia, które poczynił Arthur Laffer. Tak było m.in. w Stanach Zjednoczonych, gdy najwyższą stawkę podatku dochodowego obniżono z 73 proc. do 25 proc. Gdy w 2002 r. rząd Leszka Millera wycofał się z podwyżek stawek akcyzy na wyroby spirytusowe (faktycznie obniżył), wpływy podatkowe z tego tytułu wzrosły. Silny wzrost wpływów podatkowych odnotowały też rządy Rosji i państw bałtyckich, gdy zastąpiły wysokie stawki PIT-u względnie niskim (poniżej 20 proc.) podatkiem liniowym.

Minister finansów jest absolwentem London School of Economics and Political Science i byłym wykładowcą ekonomii, czyli, przynajmniej teoretycznie, ekonomistą i naukowcem z wyższej półki. Obawiam się jednak, że jest inaczej, w myśl starego, sparafrazowanego dowcipu: Czy minister Rostowski jest naukowcem? Nie, ponieważ gdyby nim był, wypróbowałby swój system na myszach.

Tomasz Tokarski
Źródło: bankier.pl

PS.  

środa, 25 września 2013

DZISIAJ KRZYŚ MA URODZINY!

Krzysiu! Wszystkiego co najlepsze!
Krzysiu!

Wszystkiego naj. naj! Co najmniej jeszcze stówki w dobrym zdrowiu i nie opuszczającym Cię poczuciu humoru! Niech się spełnią wszystkie Twoje marzenia!   

piątek, 20 września 2013

Trochę o zwierzaczkach - na wesoło

- Zosiu, dlaczego ten pies tak się na mnie patrzy?
- On tak zawsze, gdy ktoś je z jego miski.        

Tablica przed zagrodą z końmi:
„Proszę nie karmić koni! Właściciel”
Napis poniżej:
„Proszę nie brać tego u góry pod uwagę. Koń"

- Co ma cztery nogi i jedną rękę?
- Szczęśliwy pitbul.

Wystarczy złotą rybkę położyć na patelni a liczba życzeń automatycznie zwiększa się do pięćdziesięciu.

Wiezie taksówkarz kobietę. Na zakończenie kursu okazuje się, że ta nie ma kasy. Więc taksówkarz zawraca, jedzie za miasto na piękną, zieloną łączkę. Zatrzymuje się, otwiera bagażnik, wyciąga koc i kładzie na trawę.
- Ale proszę pana, ja na pewno oddam panu pieniądze, proszę nic mi nie robić, mam dzieci i męża… – mówi prawie płacząc kobieta.
- A ja 40 królików, rwij trawę! – odpowiada taksówkarz.

Ksiądz katolicki, pastor i rabin postanowili sprawdzić, który z nich jest najlepszym duszpasterzem. Uradzili, że każdy z nich uda się do puszczy, znajdzie niedźwiedzia i nawróci go na swoją wiarę.
Po powrocie spotkali się i wymienili doświadczeniami. Zaczął ksiądz:
- Kiedy znalazłem niedźwiedzia, poczytałem mu katechizm i pokropiłem wodą święconą.
W przyszłym tygodniu idzie do I Komunii.
Pastor:
- Ja spotkałem niedźwiedzia nad strumieniem. Zacząłem mu głosić Dobrą Nowinę.
Niedźwiedź stał jak zahipnotyzowany i pozwolił się ochrzcić.
Obaj spojrzeli na rabina, całego w gipsie, leżącego na szpitalnym łóżku.
Rabin uniósł oczy do góry i szepnął:
- Tak sobie teraz na spokojnie myślę, że może nie powinienem był zaczynać od
obrzezania.

Stara babina na wsi miała jedną krowę. No, pomyślała, najwyższy czas, żeby krowa miała cielaka! Więc zamówiła inseminatora (czyli kogoś do sztucznego zapłodnienia). Przyszedł inseminator, obejrzał sobie krowę i powiedział do babci:
- Proszę przynieść mi miednicę, dzbanek z ciepłą wodą, mydło i ręcznik.
Babina przyniosła wszystko. Nagle inseminator patrzy, a babina idzie z wieszakiem.
- A po co babciu niesiecie ten wieszak?!
- Żeby miał se pan gdzie spodnie powiesić!

Wraca lisica do domu, aż tu nagle słyszy w krzakach „Ko ko ko ko…”. Nie namyślając się długo, robi skok w krzaki, skąd po krótkiej szamotaninie wychodzi wilk i zapinając spodnie mówi:
- Jak to dobrze znać języki obce…

Koń i osioł posprzeczali się kto jest ważniejszy i ma większe znaczenie. Każdy wymienia zalety swego gatunku i powody do dumy, ale nie mogą się dogadać. W końcu stanęło na tym, że koń jest dumny ze swojej przeszłości, osioł natomiast ze swojej przyszłości. Dokładnie chodziło o to, że technika wyparła konie. Osły natomiast będą istniały zawsze.

Pewnego razu po szychcie, pewien hajer przodowy wybrał się na ryby. Po paru godzinach bezowocnego siedzenia ma branie! Patrzy i oczom nie wierzy! Jest!
- Jednak bydzie dzisioj kolacjo – mówi.
Słysząc te słowa złowiona przez niego rybka mówi:
- Zaczekaj dobry człowieku! Wypuść mnie proszę a spełnię twoje życzenie!
Na to górnik:
- Jak to? Ino jedno? Ponoć złote rybki spełniają 3 życzynia?!
Rybka:
- Tak ale ja mogę spełnić tylko jedno twoje życzenie. Zastanów się!
Górnik po dłuższej chwili namysłu zgadza się. Wypuszcza rybkę i mówi:
- Dobra! … Chca dymać do 90-tki!
Na to rybka:
- Załatwione! Ale na której kopalni?!

Lata Zajączek po lesie i podśpiewuje:
- Przespałem się z lwicą!  Przespałem się z lwicą!
Na to inne zwierzęta mówią mu:
- Słuchaj Zając, Lwica to dziewczyna Króla Lwa, nie krzycz tak, bo usłyszy…
Ale Zając nie słuchał dobrych rad innych zwierząt, tylko podśpiewywał dalej i latał jak opętany po lesie.
Oczywiście natknął się na Króla Lwa, który usłyszał jego śpiew i wnerwił się niesamowicie.
- Ja ci dam mały gnojku. Moją Panią obrażasz. Jak mogłeś (o ile to prawda) przyprawić mi rogi?!!!
I goni Zająca po lesie…
Zając ucieka co sił w nogach. Ledwo co mu się udaje, przeskakuje w ostatniej chwili przez drzewo o dwóch konarach w kształcie litery „V”.
Lew większy, przeskakuje za nim i klinuje się między konarami swoimi szerokimi biodrami…
Zając zatrzymuje się, wraca, obchodzi konar z zaklinowanym Królem Lwem od tyłu, zdejmuje spodnie, zakłada prezerwatywę i mówi:
- No kurde, w ten numer to chyba mi już nikt nie uwierzy…

Zorro i jego wierny koń Tornado przyjechali do miasta. Zorro mówi do konia:
- Ja idę do panienki, a ty stój pod oknem i czekaj na wypadek gdybym musiał uciekać.
Wszedł na górę i zabrał się do "dzieła". Nagle do drzwi słychać łomot.
-Uciekaj. Mąż – mówi laska.
Zorro nagi wyskoczył przez okno. Dziewczyna otwiera drzwi, a tam stoi Tornado i mówi:
- Powiedz Zorro że deszcz pada. Czekam w stajni.


Wchodzi facet do sklepu zoologicznego aby kupić myszkę dla swego pytona. Obok pojemnika z myszkami, klatka z papugą. Facet podchodzi bliżej, a papuga jak nie ryknie:
- Rozporrrek otwarrrty!
Gościu się czerwieni i zamyka rozporek.
- Dziurrrrra w porrrtkach!
Gostek robi się bordowy i majta rękami po portkach.
- Sznurrrróówka rhozwiązzzannaaa!
Facio pochyla się by zawiązać but.
- Puściłeś bąka, tfuuu!
Gościu, bordowy ze wstydu, zmyka ze sklepu. Papuga odwraca się w stronę klatki z myszami:
- Jerry, już OK. Ale stawka jak zwykle!

Spotyka Czerwony Kapturek w lesie wilka. Wilk mówi:
– Powiedz mi adres babci to Cię pocałuję tam gdzie jeszcze nikt Cię nie pocałował.
Czerwony Kapturek odpowiada:
- No to chyba w koszyk.

Stary farmer miał staw na tyłach ogrodu. Pewnego wieczoru postanowił tam pójść. Przy okazji wziął wiadro, aby z ogrodu przynieść trochę owoców. W miarę jak zbliżał się do stawu, słyszał coraz głośniejsze hałasy i krzyki
W końcu dotarł nad staw i oczom jego ukazało się kilka kąpiących się nago młodych kobiet. Na widok farmera krzyknęły:
- Nie wyjdziemy, dopóki pan nie odejdzie!
Stary farmer zmarszczył tylko brew i powiedział:
- Nie przyszedłem tu po to, żeby was oglądać, jak pływacie nago ani po to, aby was zmuszać do wyjścia z wody - tu pokazał trzymane w ręku wiadro - a po to, by nakarmić aligatora.

Masażysta
Spotyka doberman jamnika. Właściciel jamnika ostrzega właściciela dobermana:
- Weź pan tego psa, bo to się źle skończy!
- Weź pan lepiej tego swojego jamnika – odpowiada drugi – bo mój doberman zaraz go załatwi!
- Jak Pan chcesz – odpowiada właściciel jamnika.
Za chwilę oba psy wpadają na siebie i po krótkiej chwili doberman leży z przegryzioną szyją, a jamnik jakby nigdy nic.
- Panie, sprzedaj pan mi tego jamnika – prosi po chwili właściciel dobermana.
- Dobra, a za ile?
- Dam 3000 zł!
- Panie, 3000 zł kosztował krokodyl, a gdzie operacja plastyczna?

W lesie, zwierzęta żyjące w takim jakby społeczeństwie postanawiają uzyskać sponsoring od rządu na odnowę dróg. Najpierw wysyłają na rozmowy z rządem sowę. W końcu jest najmądrzejsza. Sowa wraca po 2 dniach z niczym. Odbywa się zatem narada, kogo wysłać drugi raz. Nikt się nie zgłasza z wyjątkiem osła:
- Mnie weźcie, mnieee!!! – krzyczy osioł.
Wyśmiali osła i wysłali żółwia. Żółw wraca po 4 dniach z niczym mówiąc:
- Eeee tam, z nimi to się nie da.
Więc zwierzęta znów się naradzają, nikt się nie zgłasza oprócz osła:
- Mnie wybierzcie! Ja, ja!!!
W końcu go wysłali. Osioł wraca po południu. Taszczy papiery, dokumenty – załatwił! Zwierzęta pytają go:
- Osioł, jak ty żeś to zrobił?!
A on na to:
- W tym rządzie to super jest. Wchodzę, patrzę i co widzę? Tu osioł – kolega z ławki, tam osioł – kolega z ławki…

 Komar jest ssakiem, ponieważ ssie krew.

- Tato! Pójdziesz ze mną do cyrku? Przecież obiecałeś. - prosi Jaś.
- Nie mam dzisiaj czasu.
- Ale podobno pokazują ciekawy numer: naga kobieta jeździ na tygrysie.
- No, może pójdziemy. Twój tatuś już dawno nie widział tygrysa.

Pewien farmer oprowadzał po swoim gospodarstwie potencjalnego nabywcę.
Doszli do pasieki.
- Dlaczego ta pasieka jest tak blisko drogi? Przecież pszczoły mogą użądlić przechodniów! - narzeka kupiec.
 - Te ule stoją tu od 10 lat i nigdy nic takiego się nie zdarzyło! - odpowiada farmer.
 Po krótkiej dyskusji postanowili się założyć - zainteresowany rozbierze się do naga i zostanie przywiązany do rosnącego w pobliżu pasieki drzewa na cały dzień. Jeżeli do wieczora użądli go pszczoła, dostanie farmę za darmo, w przeciwnym razie - zapłaci podwójną cenę.
 Wieczorem farmer idzie odwiązać kupca i z daleka widzi, że facet jest blady i słania się na nogach.
 - Cholera, przegrałem chyba zakład - klnie pod nosem farmer, biegnąc do niego.
- Co się stało, gdzie ugryzła? - pyta, rozcinając więzy.
- Nigdzie, nie ugryzła, to nie to - szepcze cicho potencjalny nabywca - ale czy to cholerne cielę nie ma matki? 
   
 
PS. A to zerżnąłem z "Jazdy bez trzymanki": https://fb.watch/qQr9zB6JaW/

wtorek, 17 września 2013

17 września 1939 r. Atak sowiecki na Polskę

     Wrzesień 1939 r. był jednym z najtragiczniejszych miesięcy w dziejach Polski. Najpierw uderzyły na Polskę Niemcy wraz ze Słowacją (Słowacja też uderzyła od południa, armią w sile 3 dywizji i pomniejszych jednostek lądowych - ok. 50 tys. żołnierzy, także kilku eskadr lotniczych: http://probus.blogspot.com/2012/09/trzeci-agresor-we-wrzesniu-1939-r.html
  
                                  

     W bardzo trudnej chwili dla Polski broniącej się przed przeważającymi siłami niemieckimi, szansy przegrupowania wojsk na dalsze rubieże i zorganizowania dalszej obrony, całkowicie pozbawił Polskę najazd wojsk sowieckich, nazwany nożem w plecy. Nie obeszło się bez zbrodni na bezbronnej polskiej ludności: http://kobieta.onet.pl/dziecko/na-lbie-czolgu-ukrzyzowano-chlopczyka-w-agresji-zsrr-na-polske-uzywano-zywych-tarcz/ttr9m  

Poniżej: wspólna defilada godnych siebie sojuszników.

                        

sobota, 14 września 2013

Tacy byliśmy - czyli nasze dzieciństwo

Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny.

Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami.
My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi.
W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy.
Wspominany z nostalgią tamte lata.

Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ(Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).

Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.

Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.

Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.

Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola.

Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju.
Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy uczyć się od zerówki.

Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
Z chorobami sezonowymi walczyła babcia.
Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna.

Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.

Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę.
Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych.

Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle.

Nikt nas nie informował jak wybrać numer na milicję, żeby zakablować rodziców.
Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy.
Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną,a milicja zajmowała się sprawami dorosłych.

Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.

Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Paskudził gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.

Mogliśmy dotykać inne zwierzęta.
Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.

Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru,
Każdy dzieciak to wiedział.

Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić "Dzień dobry" i nosić za nią zakupy.

Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić "Dzień dobry". A każdy dorosły miał prawo na nas to "Dzień dobry" wymusić.

Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką.
Potem się głośno śmiał, gdy wykrzywiały się nam gęby.
Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.

Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.

Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków.
Czasami próbowaliśmy to jeść.

Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności.
Nikt nam nie liczył kalorii.

Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.

Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami.
Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą.
Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.

Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie
same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.

Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód.

Niektórzy wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.
Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.

Dziękujemy rodzicom za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować.

To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.

A nam wydawało się, że wszystkiego nam zabraniają!