niedziela, 20 października 2013

Smoleńsk - zeznania świadków

Gazeta Polska
Nr 4 z 23 stycznia 2013
Smoleńsk: 24 świadków potwierdza wybuch
Świadkowie z filmu Anity Gargas
Anatolij Żuljew: LECIAŁ NA WYSOKOŚCI 10 M, ale próbował wzbijać się, bo był nachylony do góry pod kątem 40 st. do horyzontu.
Siergiej Mikiszanow: Samolot wtedy zaczął się wznosić. NAD SZOSĄ PRZELATYWAŁ NA WYSOKOŚCI TYCH DRZEW (POKAZUJE). 30–50 metrów za drogą leżały już kolejne elementy, w tym część ogonowa.
Siergiej Kiszan: Wyszedłem na pole i zobaczyłem ścięte drzewa. SAMOLOT LECIAŁ NIE WYŻEJ NIŻ 4 M NAD ZIEMIĄ I PRÓBOWAŁ SIĘ UNIEŚĆ”
Marif Ipatof: Zobaczyłem samolot, KTÓRY LECIAŁ BARDZO NISKO. Ewidentnie było coś nie tak. Zaczął ścinać czubki drzew i tam w oddali usłyszeliśmy duży huk – jak wybuch bomby”.
Igor Fomin: „NISKO LECIAŁ, PRZECHYLIŁ SIĘ NA LEWĄ STRONĘ I ZAHACZYŁ SKRZYDŁEM O DRZEWA, potem poszedł tam. Tam widać było ścięte drzewa. Słyszałem też głuche uderzenie, nie było zbyt głośne, potem było widać ogień, kulę ognia”. „Ja tam byłem, nim ogrodzono teren. To były szczątki porozrzucane w promieniu 150 m, może więcej. Nie było wybuchu, tylko głuchy dźwięk i chmura pyłu”. „Akurat wyszedłem przed warsztat zapalić papierosa. Zwykle, gdy do lądowania na lotnisku podchodziły samoloty, nie było ich słychać. A tu usłyszałem kilka głuchych dźwięków, takie trach, trach, to samolot zahaczał o drzewa.
Artur Wosztyl, pilot polskiego Jak-40, który w Smoleńsku lądował godzinę przed Tu-154M nr 101. „ (…) Stojąc przy swoim samolocie, USŁYSZELIŚMY DŹWIĘK SILNIKÓW TU-154M PODCHODZĄCEGO DO LĄDOWANIA. Rozpoznałem to po charakterystycznym dźwięku pracy silników tego modelu samolotu. Nadmieniam, że go nie widziałem, a jedynie słyszałem. BYŁ DŹWIĘK PODEJŚCIA DO LĄDOWANIA NA USTALONYM ZAKRESIE PRACY SILNIKÓW. W pewnym momencie usłyszałem, że silniki zaczynają wchodzić na zakres startowy, tak jakby pilot chciał zwiększyć obroty silnika, a tym samym wyrównać lot lub przejść na wznoszenie. W tej chwili zastanawiam się, co mogło ich skłonić do takiego działania. Po dodaniu obrotów po upływie kilku sekund usłyszałem głośne trzaski, huki i detonacje. Do tego doszedł milknący dźwięk pracującego silnika, a następnie nastała cisza”. Por. Wosztyl w chwili katastrofy stał 700–800 m od miejsca upadku polskiego samolotu.
Sławomir Wiśniewski, montażysta TVP, obserwował końcówkę lotu tupolewa nad ulicą Kutuzowa ok. 100 m przed pierwszymi śladami kontaktu samolotu z gruntem: „Słyszę głos silnika, tylko ten dźwięk był trochę inny, patrzę we mgłę i widzę, ŻE IDZIE SAMOLOT NISKO, LEWYM SKRZYDŁEM PRAWIE ŻE W DÓŁ (…). Przez okno usłyszałem tak straszny huk i dwa błyski ognia, ale nie jakiś wielki wybuch”. 

Newsweek.plPolska
Smoleńsk: Nieznana relacja oficera BOR Data publikacji: 27.11.2010, 10:35Ostatnia aktualizacja: 09.08.2011, 13:25
http://www.newsweek.pl/polska/smolensk--nieznana-relacja-oficera-bor,68588,1,1.html

Komentarz chyba zbędny.

niedziela, 13 października 2013

Co dalej z działkami? Tylko wróżka wie



Górale, na wesoło

Turysta pyta gazdę:
- Gazdo, mogę przejść przez waszą łąkę? Bo chcę zdążyć na pociąg o 10.40.
- A idźcie, a jak spotkacie mojego byka to i na ten o 9.50 zdążycie.

Baca został skazany na krzesło elektryczne. Sędzia pyta:
- Baco, czy macie jakieś życzenie przed śmiercią?
A baca na to:
- Ja wysoki sędzio to bych tak chcioł, coby pan sędzia mnie potrzymoł za ręke.

Baca słyszy krzyki z podwórka:
- Czego tam?
- Bacoooo! Potrzebujecie drewna?
- Nieeee!
Rano baca budzi się, wychodzi na podworko, patrzy:
- O k****! Gdzie moje drewno?!

Idzie turysta po szlaku i nagle słyszy:
- Ło Jezuuuu!!! Jezu, Jezu, Jezu, Jezusicku!!!!
Biegnie, patrzy a tu baca siedzi na pieńku, obok wbita siekiera i:
- Ło Jezu, Jezu, Jezu!
Turysta:
- Baco! Baco co wam się stało?!
Baca:
- Mnie? Nic. Ło Jezuuuu!!! Jezu, Jezu, Jezu!!!
Turysta:
 - A może komuś w waszej rodzinie?
Baca:
- Mojej? Ni. Ło Jezu, Jezu, Jezu, Jezusicku!!!
Turysta:
- No to co tak lamentujecie?
Baca:
- Ło Jezu, jak mi się robić nie chce!

- Baco, co pijecie, wódkę, wino?
- No, i piwo!

Oddział terenowy Centralnego Biura Śledczego, Nowy Targ. Dzwoni telefon:
- Centralne Biuro Śledcze, słucham.
- Kciołem podać, co Jontek Pipciuch Halica chowie w stosie drzewa marychuane.
- Dziękujemy za zgłoszenie, zajmiemy się tym.
Następnego dnia w obejściu Halicy zjawia się grupa agentów CBŚ. Rozwalają stos drewna, każdy klocek precyzyjnie rozszczepiają siekierką, ale narkotyków ani śladu. Po kilku godzinach, wymamrotawszy niewyraźne przeprosiny, odjeżdżają. Stary Halica patrzy w zadumie a to na drogę, którą odjechali, a to na stos drewna. Nagle słyszy telefon. Wzrusza ramionami, wchodzi do chałupy, odbiera.
- Hej Jontek! Stasek mówi. Byli u ciebie z Cebeesiu?
- Ano byli. Tela co pojechali.
- Drzewa ci narąbali?
- A narąbali.
- Syćkiego nojlepsego we dniu urodzin, hej!

Pyta juhas bacy:
- Baco, jak to jest, że Ziemia się kręci?
Baca:
- Widzis Jądruś, Ziemia, jest to taka kula okrągła, no i się krynci.
Juhas:
- Baco, ja wiem, że Ziemia jest to taka kula okrągła, ale dlaczego ona się kręci?
Baca:
- Widzis Jądruś, Ziemia jest to taka kula okągła, no i ma w środku taką ośkę, no i na tej ośce się krynci.
Juhas:
- Baco, ja wiem, że Ziemia, to jest taka kula okrągła, ma w środku ośkę, no i na tej ośce się kręci, ale jak to jest, że ona się kręci?
Baca:
- Widzis Jądruś, Ziemia, jest to taka kula okrągła, ma w środku ośkę, a na końcach tej ośki są takie cypecki, no i w tych cypeckach ona się krynci.
Juhas:
- Baco, ja wiem, że Ziemia, to jest taka kula okrągła, ma w środku ośkę, a na tej ośce cypecki, ale jak to jest, że ona się kręci?
Baca:
- Jądruś, cosik mi sie widzi, ze ty chces w morde dostoć…

Górala zesłano w czasie II wojny na roboty do Rzeszy. Jak to góral, obijał się jak mógł i unikał pracy. Wypatrzył to bauer i mówi do górala:
- Wy Polacy to jesteście lenie, nie to co my Niemcy. My potrafimy pracować pół dnia bez przerwy. Potem mały odpoczynek, coś do zjedzenia, i praca do późnego wieczora.
Baca posłuchał bauera i rzekł:
- Wie pan co? Jak się ta wojna skończy i wrócę do domu, to sprzedam konia i kupię sobie Niemca!

Egzaltowana turystka mówi do bacy:
- Ależ pan musi być szczęśliwy… Patrzy pan na zaślubiny górskich szczytów z obłokami, widuje pan zachodzące słońce wypijające czar niknącego tajemniczego dnia…
- Oj widywałem ja, widywałem – przerywa baca – ale już teraz nie piję

Mówi góral:
- Tak, to prawda, telewizja kłamie nawet w prognozie pogody! Bo gdy w Warszawie spadnie 30 cm śniegu,to krzyczą, że klęska żywiołowa, a jak u mnie chałupa po dach zasypana, to gadają, że są dobre warunki narciarskie…

W Zakopanem miała się odbyć walka Gołoty z Tysonem.  Wszystko już przygotowane, a Gołota nie pojawił się. Górale zdenerwowani po tych przygotowaniach stwierdzili, że walka musi się odbyć, więc idą do bacy i  pytają się:
- Baco, bydziecie walcyć?
- Ano byde.
Pierwsza runda baca dostał straszny łomot, ledwo stoi na nogach. Pytają się go:
- Baco, wycymocie?
- Ady wycymom.
Druga runda, znowu oberwał mocno.
- Baco, wycymocie?
- Wycymom
Trzecia runda baca już słania się na nogach i pytanie
- Baco wycymocie?
- Nie wycymom, zaroz mu je*ne

Rano wychodzi gazda przed chałupę, przeciąga się i woła:
- Jaki piękny dzionek !
A echo z przyzwyczajenia:
- …Mać, mać, mać …. !

Bacę zaproszono na bal przebierańców.
Pytają się go znajomi, za co się przebierze.
- A za łoscypka.
- A jak to będzie, baco, za oscypka?
- A siedne se w kąciku i bede śmierdzioł.

W górskiej chacie pod Gubałówką wielką uroczystość – Jan Gąsienica kończy sto lat. Zjechali się reporterzy, naczelnik miasta, wręczono medal i dyplom. Wszyscy, trzęsącego się ze starości pomarszczonego Gąsienicę, pytają jak dożył tak sędziwego wieku.
- Zwyczajnie, nie piłech, nie paliłech, za dziewkami nie goniłech…
W tym momencie przerywa mu straszny hałas.
- Nie przejmujta się – mówi Gąsienica – to ino mój starsy brat, całą noc pił gorzałe, to mu się chce teraz za dziouchami ganiać.

Turysta w Zakopanym wchodzi do knajpy, siada przy barze i pyta:
- Barman, co polecisz dziś do picia w ten deszczowy dzień?
- Ano, panocku, drink „Góracy”! Odpowiada barman.
- Jak to „Góracy”, co to jest?!
Barman na to:
- Widzicie, biezemy sklanecke wina…no moze być dwie…góra cy i wlewamy do garnka.
Potem biezemy sklanecke piwa…no moze być dwie…góra cy i wlewamy do tego samego garnka.
Następnie sklanecke wódecki…moze dwie…góra cy i wlewamy do tego samego garnecka.
Na koniec biezemy sklanecke koniacku…no moze dwie…góra cy i wlewamy do garnecka.
Garnek stawiamy na ogniu i miesając, gzejemy cas jakiś. Później nalewamy ipijemy sklanecke… moze dwie…no góra cy.
Po wypiciu wstajemy…robimy krocek…moze dwa…no, góra cy!

Zebranie rady gminy. Zabrał głos sołtys jednej z wsi;
- U nos we wsi je dziura w drodze. Szła ostatnio baba, wpadła i se nogę złamała. A co by było, jakby tak koń?

Idzie turysta i patrzy, a tu baca owce wypasa. Turysta mówi do bacy:
- Baco jak wam powiem ile macie owiec to dacie mi jedną?
- A dam - mówi baca.
Turysta na to: - 135.
Baca kiwa głową i mówi - Zgadza się, owiecka jest wasza.
Turysta bierze owcę i chce odejść, na co odzywa się baca
- Panocku a jak wam powiem kim jesteście to oddacie mi tę owieckę?
- A oddam mówi turysta.
Na to baca: - Wyście są ekspert od Macierewicza?
- Zgadza się,mówi,mówi turysta - a skąd wiecie baco?
Boście psa wzięli - mówi baca.

Wójt zaprasza bacę na zebranie Rady Gminy.
Zebranie trwa, a baca siedzi, nudzi się i nic nie rozumie.
Po zakończeniu zebrania, wójt pyta się bacy:
- No i cóż pan wynosi z tej debaty?
- Jo? - baca robi wielkie oczy - Nic.
- Jak to? Przecież był pan tu od początku do końca!
- Matko Jedyno! Przysięgom, że nic!
- Naprawdę nic?
- A weźta se te popielnickę z powrotem i dajta mi już świnty spokój!

Gdzie jesteś moja ukochana - Pieśń rosyjska

                                 

sobota, 12 października 2013

70 rocznica bitwy pod Lenino

skopiowane z:
konflikty
Strona głównaHistoriaMilitariaRecenzjeAktualnościWideoTapetyTestyForum
Strona Główna » Historia » II wojna światowa

Bitwa pod Lenino

Podziel się z innymi:





Po przegranej kampanii wrześniowej na terenie ZSRR znalazło się kilkaset tysięcy Polaków. Cześć z nich została wywieziona już po ataku sowietów na Polskę inni przebywali tam już od czasów carskich, a jeszcze inni po prostu zamieszkiwali tereny zachodniej Ukrainy i Białorusi jako mniejszość etniczna. Wobec klęski aliantów - w skład, których wchodzili także i Polacy - na zachodzie, generał Władysław Sikorski zaczął rozważać możliwość utworzenie nowej polskiej armii w Związku Radzieckim. Już w czerwcu 1940 r. złożył on w tej sprawie pismo skierowane do rządu angielskiego, jednak na skutek sprzeciwu rządu polskiego w Londynie cała sprawa na pewien czas upadła. Powrócono do niej już po ataku Hitlera na ZSRR, kiedy to pod naciskiem ze strony USA i Wielkiej Brytanii 30 lipca 1941 r. podpisany został układ polsko-radziecki. Jego uzupełnienie stanowiła umowa o utworzeniu armii polskiej na froncie wschodnim.

Dowódcą mianowano gen. Władysława Andersa. Już wkrótce jego armia osiągnęła liczebność 75 tysięcy ludzi. Jednak w tym samym czasie znacznie pogorszyły się stosunki pomiędzy rządem polskim na uchodźstwie, a ZSRR, co było spowodowane miedzy innymi odkryciem masowych grobów polskich oficerów w Katyniu. Skończyło się tym, że armia gen. Andersa została ewakuowana do Iranu, gdzie Anglicy zamierzali ja wykorzystać do obrony pól naftowych. Jednak w ZSRR ciągle pozostawało kilkaset tysięcy Polaków. Część z nich stanowili komuniści, którzy za zgodą rządu moskiewskiego założyli polityczną organizację – Związek Patriotów Polskich, z Wandą Wasilewską na czele. W kwietniu 1943 r. ZPP wysłał list do rządu radzieckiego z prośba o zezwolenie na utworzenie polskiej dywizji. Odpowiedź Rosjan była pozytywna. 8 kwietnia ogłoszono komunikat o formowaniu 1. dywizji piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

Jednostka zaczęła powstawać w Sielcach nad Oką, a na jej dowódcę mianowano pułkownika, a od 11 sierpnia 1943 generała majora (odpowiednik generała brygady) Zygmunta Berlinga. Jej struktura organizacyjna wzorowana była na radzieckich gwardyjskich dywizjach piechoty uzupełniona o kilka innych nieetatowych oddziałów jak na przykład pułk czołgów czy eskadra lotnicza. Ochotników była bardzo dużo, brakowało jedynie oficerów, dlatego ich braki uzupełnienia żołnierzami armii czerwonej. Dywizja zakończyła swoje formowanie w lipcu 1943 roku.

Sytuacja na froncie wschodnim

W tym okresie armia czerwona starła się z siłami nieprzyjaciela w największej bitwie pancernej w dziejach świata – w bitwie na łuku kurskim. Zakończyła się ona porażka Niemców, którzy od tej pory będą tylko się bronili przed posuwającą się na zachód armia radziecką. 7 sierpnia połączone siły Frontu Zachodniego i Kalinińskiego ruszyły do ofensywy, której celem było wyzwolenie lewobrzeżnej Ukrainy oraz okręgu smoleńskiego. Niemcy dysponowali na tym odcinku frontu 40 dywizjami i około 800 samolotami.
Jednak pod naporem sił frontu zachodniego byli oni zmuszeni do wycofania się na wcześniej przygotowane pozycje obronne na linii udnia-Lenino-Drybin-Sławgorod. Była to ostatnia rubież obronna przed Dnieprem, a jej utrata spowodowałaby zajęcie przez Rosjan kluczowych dla Niemców szlaków komunikacyjnych. Wyczerpane długimi walkami wojska radzieckie napotkawszy tak silną linię obrony zaprzestały działań w oczekiwaniu na uzupełnienia. Wśród tych nowoprzybyłych posiłków była także nowa polska dywizja, którą dowództwo Frontu Zachodniego zamierzało wykorzystać w kolejnym natarciu.

Przed bitwą

Wchodząca w skład 33 armii polska dywizja otrzymała zadanie przełamania niemieckiej obrony na odcinku od wsi Sysojewo do wsi Lenino, a następnie zniszczyć siły nieprzyjaciela w rejonie wsi Połzuchy i Trygubowo oraz przygotować przeprawy na Dnieprze w rejonie Orszy. Na skrzydłach miały nacierać dywizje radzieckie: 42 DP na prawym, a 290 DP na lewym. Cały atak miała wspierać 67 brygada artylerii haubic, co w połączeniu z artylerią ze wspomnianych trzech dywizji dawało 452 działa różnego kalibru. Stan osobowy 1 DP wynosił 12 177 żołnierzy, którzy mieli do dyspozycji 7530 karabinów, 166 CKM-ów, 166 moździerzy różnych kalibrów, 34 czołgi T-34, 7 lekkich czołgów T-70 oraz 3 samochody pancerne. Uzbrojenia było więc wystarczająco dużo, martwić mógł jedynie brak doświadczenia bojowego u dużej części żołnierzy.
Teren sprzyjał obrońcom. Główną przeszkodą dla atakujących była rzeka Miereja oraz bagnisty teren wokół niej. Dla piechoty nie był to jakiś większy problem, ale przeprawienie czołgów było praktycznie niemożliwe. Liczne osiedla i gęste zalesienie umożliwiały budowanie wielu stanowisk obronnych oraz skuteczne ich maskowanie. Niemcy główne stanowiska obronne oparli na górujących nad okolicą wzgórzach 215,5 oraz 217,6.
Plan gen. Berlinga zakładał, że w pierwszym ataku pójdą 1 i 2 pułk piechoty, trzeci natomiast ruszy do boju w drugim natarciu. Atak miał być poprzedzony prawie dwugodzinnym ostrzałem artyleryjskim. Już po ataku piechoty oddziały saperskie miały przygotować przeprawy dla czołgów na Mierei. W rezerwie pozostawały: kompania czołgów, kompanie rusznic przeciwpancernych oraz kompania CKM-ów. Początek natarcia zaplanowano na 12 października.

Bitwa

O godzinie 6:00 rozpoczęło się rozpoznanie walką. 1. batalion przeprawił się przez rzekę i dotarł do pierwszej linii okopów wroga gdzie nadział się na silny ogień z broni maszynowej oraz moździerzy. Niemcy mieli przewagę liczebna i groziło to okrążeniem polskiego oddziału, dlatego tez jego dowódca zdecydował się na wycofanie o kilkadziesiąt metrów gdzie część batalionu zdążyła już się okopać. Miał on tam pozostać i poczekać do rozpoczęcia właściwego natarcia.
Przygotowanie artyleryjskie rozpoczęło się o 9:20 i było przesunięte o godzinę względem planowanego z powodu gęstej mgły. Po godzinie padł rozkaz do ataku dla piechoty. W miarę posuwania się Polaków rósł i opór Niemców. Pomimo ciężkiego ostrzału wiele stanowisk obronnych pozostało nieuszkodzonych. Atakujący po zbliżeniu się do pierwszej linii okopów odpalili zielone i czerwone race sygnalizując w ten sposób artylerii, aby ta przeniosła swój ogień dalej na druga linię obrony, co miało zapobiec ostrzeliwaniu własnych oddziałów.
Po przegrupowaniu oddziałów doszło do pierwszego szturmu na niemieckie okopy. Szczególnie aktywna w tym czasie była 3. kompania. Wywiązała się walka wręcz. Pierwsza transzeja znalazła się wkrótce w rękach Polaków. Po tym sukcesie tempo natarcia zmniejszyło się, ponieważ w końcu odezwała się niemiecka artyleria, a dodatkowo polskie oddziały nie dostały obiecanego wsparcia czołgów gdyż ich przeprawa sprawiła znacznie więcej trudności niż się początkowo spodziewano. Niemcy ciągle mieli przewagę liczebną, a dodatkowo atakującym kończyły się podręczne zapasy amunicji i trzeba było czekać na zaopatrzenie.

2. batalion zbliżył się do 177 silnie bronionych Połzuch. Do skruszenia obrony przeciwnika Polacy wykorzystali pułkowa artylerię.1. kompania atakowała w środku natomiast dwie pozostałem miały za zadanie okrążyć wieś. Ten manewr zapewnił zwycięstwo kościuszkowcom i całe Połzuchy znalazły się pod kontrolą sił polskich.

Niestety operującym na skrzydłach 1 DP dywizjom radzieckim nie szło zbyt dobrze. 42 DP doszła jedynie do pierwszej linii obrony, ale nie mogąc jej zdobyć poprzestała na walce ogniowej. Natomiast 290 DP zdobyła pierwszą transzeję na swoim odcinku, ale wyczerpana walkami zatrzymała się. W ten sposób oba skrzydła polskich oddziałów były całkowicie odsłonięte i wystawione na kontrataki Niemców. Należy się tu może pewne usprawiedliwienie dla jednostek radzieckich. Otóż obie dywizje toczyły boje nieustannie od wielu tygodni bez odpoczynku, a ich stany osobowe wahały się w granicach 50%. Z tego też powodu ich żołnierze byli bardzo wyczerpani i po prostu nie byli w stanie dać z siebie już nic więcej.

W rezultacie wieś Trygubowo – która była celem 290 DP - pozostała przez Rosjan niezdobyta, a że Niemcy mieli tam swoje silne pozycje, z których ostrzeliwali Polaków, oddziały gen. Brelinga same musiały się tym zająć. I tak też się stało. Po krótkiej walce i zajściu przeciwnika ze skrzydła wieś została zdobyta. Jednak Niemcy byli zdeterminowani, aby odbić ten rejon i użyli do tego wszelkich dostępnych środków, łącznie z lotnictwem, które stale bombardowało pozycje kościuszkowców oraz przeprawy na Merei przygotowane dla czołgów, które wobec takiego obrotu spraw nie zdołały dotrzeć do wysuniętych linii gdzie miały pomagać w odparciu niemieckiego kontrnatarcia. Wiele maszyn ugrzęzło w błocie. Miało to decydujące znaczenie dla tej potyczki i zadecydowało o tym, że Polacy musieli wycofać się z zajętej tak niedawno wsi. Jednak i oni nie zamierzali tak łatwo się poddać. Po wycofaniu i przegrupowaniu się batalion wzmocniony dodatkowymi siłami drugiego rzutu ponownie przeszedł do ofensywy, podczas której udało się ponownie wejść na skraj Trygubowa. Polskie siły były jednak mocno nadwerężone a straty wśród oficerów powodowały, że wieloma oddziałami nie miał kto dowodzić. To oraz stałe ataki ze strony Wehrmachtu spowodowały kolejne odrzucenie atakujących oddziałów na około 350 metrów od wsi, gdzie polskie oddziały okopały się.
Była godzina 14:00 i można powiedzieć, że bitwa wchodziła w druga fazę. Feldmarszałek von Kluge za wszelką cenę chciał załatać wyłom utworzony przez Polaków w jego liniach obronnych i postanowił do tego użyć wszelkich dostępnych sił. Rozpoczął się kolejny atak od strony Trygubowa, tym razem przy wsparciu nie tylko lotnictwa, ale i potężnych samobieżnych dział Ferdynand. Polakom brakowało amunicji i sytuacja była naprawdę zła i kto wie jak to się mogło skończyć gdyby nie radziecka artyleria, która w odpowiednim momencie ostrzelała przedpole uniemożliwiając Niemcom przejście, a później wymuszając odwrót. Po tym Niepowodzeniu Niemcy spróbowali zaatakować na drugim skrzydle w rejonie wsi Połzuchy. Sytuacja powtórzyła się. Ich atak został powstrzymany przez działa z 67 brygady haubic. Jednak każdy rozkaz – a już szczególnie rozkaz feldmarszałka – trzeba wykonać, więc Niemcy podjęli kolejna próbę pod Trygubowem. Tym razem oprócz Ferdynandów w akcji wzięły udział czołgi. Nie wystarczyło to jednak, aby przełamać obronę 1 DP złożoną z dział kaliber 76 mm i rusznic przeciwpancernych. Zapadał zmierzch.
W nocy Niemcy ponownie próbowali przedrzeć się przez szeregi kościuszkowców i to parokrotnie. Za każdym jednak razem byli dostrzegani dostatecznie wcześnie, aby móc zorganizować skuteczną kontrakcję. Poważny sukces odniósł natomiast polski zwiad. Oddział zwiadowców przeprowadził śmiały rajd na tyły nieprzyjaciela i zaatakował sztab nieprzyjacielskiego batalionu w Trygubowie. Łupem padły mapy z planami niemieckich linii obronnych. Pozostałą część nocy obie strony wykorzystały do umocnienia swoich pozycji, wykopania nowych okopów, podciągnięcia uzupełnień, uzupełnienia zapasów, a także ewakuacji rannych. Co ciekawe do tego ostatniego zadania szeroko stosowane były w polskich oddziałach specjalnie przeszkolone psie zaprzęgi, które ciągnęły specjalne nosze na kółkach. Kiedy race oświetlały teren psy natychmiast się zatrzymywały i kładły na ziemię by natychmiast ponownie ruszyć, gdy znów będą niewidoczne.

Nastał nowy dzień a wraz z nim przystąpiono do realizacji nowego plany opracowanego przez dowództwo 33 armii. Zakładał on półgodzinne przygotowanie artyleryjskie od godziny 7:30, a zaraz po jego zakończeniu powinna ruszyć piechota. Niestety z powodu baków w zaopatrzeniu ostrzał trwał tylko 15 minut. Piechota ruszyła zgodnie z planem jednak tym razem miała do pomocy czołgi, które pod osłona nocy przeprawiły się na zachodni brzeg. Nie było ich dużo, bo zaledwie 12, ale i tak stanowiły ogromne wsparcie dla nacierających. Pomimo początkowych sukcesów ponownie dało o sobie znać niemieckie panowanie w powietrzu. Powtarzała się sytuacja z dnia poprzedniego, kiedy to ani jedna ani druga strona nie była w stanie odnieść ostatecznego zwycięstwa. Czołgi pozbawione wsparcia artylerii przeciwlotniczej stawały się łatwym łupem dla niemieckich Ju-87 i Ju-88. Większość maszyn została zniszczona lub przynajmniej unieruchomiona. Również piechota była przyciśnięta do ziemi i jedyne, co mogła zrobić to okopać się. Tym razem – nauczeni poprzednimi doświadczeniami – Niemcy nie atakowali na ziemi ograniczając się jedynie do ciągłych nalotów. Przez cały dzień doliczono się około 450 nieprzyjacielskich samolotów.
Ponieważ nie było żadnych widoków na osiągniecie sukcesu gen. Berling wydał rozkaz przejścia do obrony i umacniania zdobytych pozycji. Jednak pod wieczór 2 płk podjął jeszcze jedna próbę zdobycia Połzuch i po krótkiej, ale bardzo zaciętej walce odniósł pełen sukces zdobywając niemiecka transzeje na południowy zachód od wsi i okopał się na tych poniemieckich pozycjach. W tym czasie o 17:30 ze sztabu 33 armii przyszła informacja, że w nocy 1 dywizja zostanie zluzowana przez radziecką 164 DP i wycofana na tyły.

14 października do godziny 2:00 zluzowany został 2 pułk, a sześć godzin później również i 3 pułk. Nowa radziecka jednostka tego samego dnia przystąpiła do ataku, jednak jedynym jej sukcesem było zdobycie wzgórza 217,6. W następnych dniach natarcie kontynuowano, jednak wobec braku sukcesów 33 armia przeszła całkowicie do obrony i poczęła umacniać się na zajmowanych pozycjach. Ta część frontu pozostawała bez zmiany jeszcze przez prawie rok, aż do czerwca 1944 roku, kiedy to na Białorusi rozpoczęła się nowa wielka radziecka ofensywa.

Bilans i ocena bitwy

W czasie bitwy Niemcy bezpowrotnie stracili prawie 1400 żołnierzy, a 326 dalszych dostało się do niewoli. Polskie straty były jeszcze większe i wynosiły według różnych danych od 2859 do 3054 ludzi. Jednak cel, jakim było dokonanie pierwszego wyłomu w niemieckich liniach obronnych został osiągnięty. Za bohaterska postawę żołnierzom przyznano 247 polskich i 239 radzieckich odznaczeń bojowych, w tym trzy odznaczenia bohatera Związku Radzieckiego.
Różna jest ocena samej bitwy. Według jednych jest ona chlubą i legendą polskiej armii, według innych był to chytry plan Rosjan zmierzający do unicestwienia polskich oddziałów i tylko odmowa dalszej walki odsunęła groźbę unicestwienia dywizji, a sama nazwa bitwy „pod Lenino” służyła tylko celom propagandowym, gdyż same walki toczyły się wokół Połzuch i Trygubowa. Ocenę pozostawiam czytelnikom, ale parę faktów przedstawić trzeba. Po pierwsze, bitwa zaakcentowała obecność Polaków na głównym froncie drugiej wojny światowej. Po drugie, sprawa Polski na arenie międzynarodowej nabrała nowego wymiaru, gdy okazało się, że polska lewica dysponuje regularnymi oddziałami wojskowymi niezależnymi od rządu w Londynie i to te oddziały będą wyzwalał terytorium Polski spod niemieckiej okupacji.
Po trzecie, informacje o tej bitwie dodały otuchy partyzantom, a także zwykłym ludziom w Polsce, która ciągle jeszcze czekała na wyzwolenie. Po czwarte wreszcie, bitwa miała istotny wpływ na późniejszy szybki rozwój polskich sił zbrojnych na wschodzie – najpierw Pierwszego Korpusu, a następnie Pierwszej Armii, która swój szlak bojowy zakończyła w Berlinie. Jakkolwiek by bitwy pod Lenino nie oceniać jest ona faktem historycznym o istotnych dla Polski następstwach.

Bibliografia

"Polacy w bitwie pod Lenino" Czesław Podgórski Wyd. Interpress, Warszawa 1973 r.
"Lenino październik 1943" Zdzisław Czerwiński Wyd. MON, Warszawa 1970 r.
"Gazety wojenne" nr 51 Wyd. P.O. Polska, Warszawa

Artykuł Onetu na ten sam temat: http://wiadomosci.onet.pl/prasa/ani-zwyciestwo-ani-pod-lenino/86qb6

sobota, 5 października 2013

Co dalej z działkami? Projekt obywatelski do kosza?

 Niebezpieczna ustawa: Działkowcy stracą swoje działki (skopiowane z Fakt.pl)

Fakt.pl » Pieniądze » Finanse » Posłowie dzielą działkowców na lepszych i gorszych. »
Niebezpieczna ustawa: Działkowcy stracą swoje działki
Słowa kluczowe: działki, likwidacja, ogrody działkowe, posłowie, rząd, ustawa
A A+ A++ 04.10.2013 16:11


Premier obiecuje działkowcom uwłaszczenie. Mydli im oczy! Prawda jest brutalna: jeśli ktokolwiek skorzysta z tego przywileju, to będą to nieliczni. Nowe prawo dzieli działkowców na lepszych i gorszych, a to prosta droga do tego, by ustawę zakwestionował Trybunał Konstytucyjny. Wówczas zapanuje wolna amerykanka. Samorządy przejmą ogródki działkowe i będą mogły sprzedawać je deweloperów.

– Efektem końcowym prac nad nową ustawą o ogrodach działkowych będzie ochrona działkowców i ogrodów działkowych – to słowa premiera Donalda Tuska z czerwca. Wtedy posłowie zaczynali prace nad nowym projektem ustawy dotyczącej działek. Zdecydowano, że na bazie czterech projektów: obywatelskiego przygotowanego przez samych działkowców, a także projektów autorstwa PO, Solidarnej Polski i SLD przygotowana zostanie nowa ustawa. Wiodącym dokumentem miał być projekt przygotowany przez działkowców, pod którym podpisało się aż 925 tys. osób.
Zmiana przepisów jest konieczna. Trybunał Konstytucyjny zakwestionował 24 przepisy obecnej ustawy o ogrodach działkowych. I dał czas na ich zmianę do 21 stycznia 2014 roku.
Od słów premiera minęły trzy miesiące. I co? Projekt w wielkich bólach, owszem, powstał. Tyle że w niczym nie przypomina on projektu obywatelskiego. – W najgorszych oczekiwaniach nie spodziewaliśmy się takiej manipulacji w pracach nad nową ustawą działkową – mówi prezes Polskiego Związku Działkowców Eugeniusz Kondracki. Jego zdaniem, posłowie tak ją zmienili, że nie przypomina już pierwotnego projektu.

Prawo dla wybranych
O co chodzi? Posłowie PO wprawdzie wprowadzili zapis umożliwiający działkowcom przejęcie ogrodów na własność, na czym bardzo im zależy. Ale z tego przywileju skorzysta tylko część osób.
Uwłaszczenie będzie możliwe tylko na tych gruntach, których właścicielem lub użytkownikiem wieczystym jest Polski Związek Działkowców. Ma on w użytkowaniu wieczystym 63 proc. terenów, na których funkcjonują działki. W takich miastach, jak Lublin, Tarnobrzeg czy Zielona Góra z uwłaszczenia skorzystaliby wszyscy działkowcy. Ale już np. w Krakowie uwłaszczeniem objętych byłoby tylko 2 proc. ogrodów. Jeszcze gorzej jest w Warszawie, gdzie z tego przywileju mogliby skorzystać działkowcy tylko jednego ze 174 ogródków. Co z resztą? Mogliby je dalej dzierżawić.
– Uwłaszczenie tylko pewnej kategorii działkowców objętych użytkowaniem wieczystym mogłoby doprowadzić do uznania takiego uwłaszczenia jako niekonstytucyjnego – ostrzega dr hab. Wojciech Orłowski, konstytucjonalista z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Działkowcy idą do premiera
Posłowie jednak nie słuchają ekspertów. I na siłę forsują przepisy, które podzielą Polaków na lepszych i gorszych. Rezultat może być taki, że ustawa w ogóle nie wejdzie w życie, bo nawet jeśli uchwali ją Sejm i Senat, to prezydent zaskarży ją do Trybunału Konstytucyjnego. Co wtedy? – Ogródki w majestacie prawa będą mogły zostać zlikwidowane, bo przepisy, które dziś regulują ich funkcjonowanie, po prostu przestana obowiązywać! Ogrody, które dziś często znajdują się w bardzo atrakcyjnych miejscach, przejdą na rzecz samorządów. A te będą mogły sprzedać je np. deweloperom – ostrzega Bartosz Kownacki z PiS, były przewodniczący podkomisji zajmującej się działkom projektem. A może właśnie o to chodzi rządzącym?
Na poprawienie projektu i uchwalenie zadowalającej działkowców ustawy jest już bardzo mało czasu – około 100 dni. Pod warunkiem, że posłowie w ogóle zechcą takie poprawki wprowadzić. Działkowcy w to już nie wierzą. Dlatego 10 października szykują marsz na Warszawę. Do stolicy ma przyjechać 15 tysięcy osób. Będą domagać się wprowadzenia zmian w projekcie, który umożliwi wszystkim działkowcom na równych prawach korzystać z ogrodów. I przypomną premierowi, jakie obietnice złożył im kilka miesięcy.
********************************************************************************************** PS.
Nie jest prawdą, że ogrody działkowe to relikt komunizmu: http://tiny.pl/h4zzv  

Słowaccy działkowcy tracą działki: http://tiny.pl/h48lb

Specjalne "podziękowanie" od działkowców należy się panu B. Kownackiemu (poseł PiS przewodniczący sejmowej podkomisji przygotowujacej ustawę działkową) -"Działkowcy! Zapamiętajcie" - http://tiny.pl/qx3q1



Do zobaczenia przy urnach wyborczych! 

wtorek, 1 października 2013

Zaolzie było polskie!

2 października 1938 roku oddziały Wojska Polskiego dowodzone przez gen. Władysława Bortnowskiego, witane owacyjnie przez ludność polską, zajęły należącą do Czechosłowacji część Śląska Cieszyńskiego zwaną Zaolziem. Polacy stanowili tam większość mieszkańców. Dziś mija 75 rocznica.
skopiowałem z:
ZAOLZIE
Polski Biuletyn Informacyjny
dokumenty,  artykuły, komentarze, aktualności
Numer 1/2006 (25)
CIESZYN
23  stycznia 2006

SPIS TREŚCI

CZESKIE ZBRODNIE ZAGŁADY
POLSKOŚCI  ŚLĄSKA  ZAOLZIAŃSKIEGO
MOŻNA  WYBACZYĆ,
LECZ  NIE  WOLNO  O  NICH  ZAPOMNIEĆ !

Najpierw było długoletnie milczenie. O tej zbrodni (patrz zdjęcie nr 1) nie wolno było wspominać przez ponad 70 lat, z krótką przerwą na przełomie 1938/39 roku, kiedy Zaolzie na jedenaście miesięcy wróciło do Polski.

Ciała 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy na stonawskim cmentarzu
Zdjęcie nr 1. Ciała 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy na stonawskim cmentarzu

Wtedy to - w dwudziestą rocznicę czeskiej zbrodni - upamiętniono ofiary bestialskiego mordu. Nad zbiorową mogiłą polskich jeńców w zaolziańskiej Stonawie - żołnierzy 12 wadowickiego pułku piechoty - zakłutych przez czeskich żołdaków bagnetami i dobijanych kolbami karabinów, odbyła się uroczystość złożenia kwiatów (patrz zdjęcie nr 2), podczas której przemawiał wojewoda katowicki Michał Grażyński. Odbiło się to wówczas szerokim echem nie tylko na Zaolziu. Wkrótce jednak wybuchła II wojna światowa, a po niej nowe czeskie panowanie. Choć ten fragment historii naszych stosunków z południowymi sąsiadami po wojnie wymazano nawet z polskich  podręczników historii, staraniem miejscowych polskich mieszkańców, nigdy nie zabrakło na tej mogile kwiatów, zaś w dniu Wszystkich Świętych zawsze paliły się świece.
wojewoda śląski Michał Grażyński
Zdjęcie nr 2. W dwudziestolecie tragedii w Stonawie nad mogiłą poległych i pomordowanych przemawiał wojewoda śląski Michał Grażyński
 
    Gdy tylko na początku lat dziewięćdziesiątych zaistniała taka możliwość, miejscowi działacze Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w Stonawie zwrócili się do Konsulatu Polskiego w Ostrawie o pomoc finansową przy rekonstrukcji tego miejsca pamięci narodowej (patrz zdjęcie nr 3).

Widok mogiły 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy po rekonstrukcji w 1991 roku.
Zdjęcie nr 3 Widok mogiły 20 poległych i pomordowanych polskich żołnierzy po rekonstrukcji w 1991 roku.

O konformizmie ówczesnych  przedstawicieli dyplomatycznych RP - a może i obawach miejscowych działaczy przed czeskimi prześladowaniami - świadczy tablica, ufundowana wtedy przez ostrawski konsulat. Wyryto na niej napis: Dwudziestu poległym dnia 26 stycznia 1919 w Stonawie. W myśl poprawności politycznej rządzącej wtedy w Polsce Unii Demokratycznej (tę partię reprezentował ostrawski konsul generalny) nie ma na tej tablicy ani słowa o pomordowanych, chociaż poległych było kilku, natomiast kilkunastu, wbrew postanowieniom konwencji genewskiej o jeńcach wojennych, zostało bestialsko zamordowanych. Zresztą Czesi od samego początku swych zabiegów o zaanektowanie Śląska Cieszyńskiego nie kierowali się prawem międzynarodowym. Bez wypowiedzenia wojny dokonali zdradzieckiej napaści na polskie rubieże.
            O czesko-polskim sporze granicznym po pierwszej wojnie światowej pisaliśmy już w naszym biuletynie, zwłaszcza w jego pierwszym numerze z 23 stycznia 2004. Gwoli przypomnienia podajemy jednak kilka faktów związanych z tamtymi wydarzeniami.
            Po załamaniu się monarchii austriackiej w r. 1918, zbierająca się na wiecach ludność Ziemi Cieszyńskiej opowiedziała się za utworzeniem przez polskie partie polityczne Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego. Tym samym mieszkańcy tej ziemi wypowiedzieli się za przynależnością do Polski, odradzającej się po 130 latach niewoli. 5 listopada 1918 została w tej sprawie podpisana umowa między wspomnianą Radą Narodową Księstwa Cieszyńskiego oraz czeskim Zemským národním výborem pro Slezsko (dalej ZNV) w Ostrawie dotycząca tymczasowego  rozgraniczenia i współdziałania lokalnych władz polskich i czeskich, oparta na istniejących układach etnicznych. Woli miejscowej ludności, opowiadającej się za przynależnością do Polski  nie respektowali czescy politycy w Pradze, choć było to niezgodne z programem pokojowym prezydenta Stanów Zjednoczonych Thomasa Woodrowa Wilsona z 22 stycznia 1918, mówiącym o samostanowieniu narodów, na mocy którego również i Czesi - po prawie trzystu latach poddaństwa - odzyskali swoją państwowość. W aspiracjach do panowania nad całym dawnym Księstwem Cieszyńskim bez ogródek posługiwali się argumentami ekonomicznymi, chęcią zagrabienia tamtejszych bogactw naturalnych oraz zawładnięcia prowadzącą przez te tereny koleją koszycko-bogumińską, zbudowaną w czasach austriackich. Określił to bez żenady w książce „O Těšínsko”, wydanej w r.1928, Ferdinand Pelc, który w r. 1918 przewodniczył ZNV w Ostrawie, pisząc: „szło o to, by dostać do naszych rąk tereny z większością polską lub niemiecką, mieszkającą na obszarze polskim i to za zgodą mieszkańców tego terytorium, bądź bez ich zgody, przy użyciu wojska”.
            Do akcji zbrojnej zaczęli się Czesi przygotowywać już w grudniu 1918. Do momentu uformowania się armii czechosłowackiej w oparciu o austriackie kadry dowódcze i przesłane z Włoch i Francji dywizje legionarzy, nie podjęli jednak działania. Czechosłowackie przygotowania wojskowe nie były obce Dowództwu Okręgu Wojskowego w Cieszynie, którym kierował pułkownik Franciszek Ksawery Latinik. Informował on systematycznie swoich zwierzchników w Krakowie i w Sztabie Głównym w Warszawie. Tam jednak nie doceniono należycie wieści o zagrożeniu czeskim, gdyż w tym czasie większość sił zbrojnych zaangażowana została w obronę Lwowa i Małopolski Wschodniej przed Ukraińcami (dokąd skierowano również jednostki wojskowe z Cieszyna) oraz we wsparcie Powstania Wielkopolskiego.   
            Ten tragiczny błąd, wywodzący się z - ponawianej już w historii - naiwnej wiary w uczciwość deklaracji południowego, słowiańskiego sąsiada, Czesi  skwapliwie wykorzystali. Mając ogromną przewagę w ludziach i uzbrojeniu, dokonali 23 stycznia 1919 podstępnej, zdradzieckiej napaści na Śląsk Cieszyński. Przebrani w mundury armii alianckich tegoż dnia około godz. 10.30 wezwali pułkownika Latinika do wycofania polskich wojsk za granicę Śląska Cieszyńskiego, grożąc że w przeciwnym razie siły koalicyjne przystąpią o godz. 13 do obsadzenia jego obszaru. Pułkownik Latinik nie zorientował się od razu, że chodzi o mistyfikację i nie zdążył aresztować jej aktorów. Tymczasem w wysuniętej najbardziej na północ części późniejszego Zaolzia już z samego rana, tegoż dnia, rozpoczęto zbrojny atak na bogumińską linię demarkacyjną. Również i w Boguminie próbowano podobnej mistyfikacji jak w Cieszynie, lecz dowodzący tam pułkownik Mroczkowski zorientował się, że chodzi o podstęp, skontaktował się ze swoim dowództwem i otrzymał jednoznaczny rozkaz obrony miasta, wraz z tamtejszym węzłem kolejowym. Polacy zostali jednak otoczeni przez czeskich żołnierzy, którzy już wcześniej niepostrzeżenie  przybyli do Bogumina, przekraczając granicę przebrani za cywilów i dopiero w ostatniej chwili zakładali mundury wojskowe oraz wyciągnęli ukrytą broń. Nie widząc wyjścia z tej sytuacji, pułkownik zdecydował się na wyprowadzenie swych żołnierzy z bogumińskiej pułapki. Dowodzący w Boguminie czeski major Sykora obiecał podstawienie specjalnego pociągu do wywiezienia Polaków w zamian za uwolnienie czeskich jeńców przetrzymywanych w Piotrowicach. Kiedy jednak czescy  jeńcy zostali uwolnieni, polskich żołnierzy wzięto do niewoli, zaś bogumiński węzeł kolejowy, wraz z całym miastem, został opanowany przez Czechów.
            Tego samego dnia stoczono też bitwę o polską część Zagłębia Ostrawsko-Karwińskiego. Jego obroną kierował dowódca garnizonu frysztackiego podpułkownik Stanisław Springwald, dysponujący trzema kompaniami piechoty oraz miejscową milicją. Również i tu czeski atak rozpoczął się od uderzenia na dworzec kolejowy w Dąbrowej, i tak samo jak w Boguminie zastosowano podstęp. Ataku dokonali „cywilni” przybysze, ukryci uprzednio w hotelu sąsiadującym z dworcem kolejowym, którzy obrzucili polskie stanowiska granatami. W Karwinie dali się atakującym Czechom we znaki górnicy, ostrzeliwując ich spoza domów i drzew. Walki trwały w tym dniu i w innych miejscowościach. Bój o Karwinę został rozstrzygnięty następnego dnia, kiedy Czesi przerzucili tam dwa bataliony wojska z opanowanego już Bogumina. Dzięki zdobyciu tych celów atakujący Czesi weszli na zaplecze dotychczasowych polskich linii obronnych.  W tych okolicznościach następnego dnia nie kontynuowali już na tym odcinku działań zaczepnych, lecz zajęli się umocnieniem na zdobytych pozycjach i szukaniem broni w domach  polskich mieszkańców oraz ich pacyfikowaniem (np. rozstrzeliwanie za posiadanie jednego naboju karabinowego, czy wzięcie do niewoli cywilnych zakładników, pod groźbą ich rozstrzelania w razie ataku na czeskich żołnierzy). Lokalni, polscy przywódcy narodowi i robotniczy zostali w tym dniu internowani i zamknięci w gmachu polskiego sierocińca w Orłowej. Ten i inne fakty związane z czeską napaścią opisała z autopsji Zofia Kirkor-Kiedroniowa w rozdziale ósmym, drugiego tomu swoich Wspomnień.  
            Wieczorem 23 stycznia, tzn. kilka godzin później, niż na północy, Czesi zaatakowali również na odcinku południowym zachodniej części Ziemi Cieszyńskiej, od strony tunelu w Mostach, graniczących ze Słowacją, skąd nadjechały pociągi z trzema batalionami legionarzy z formowanego we Włoszech pułku piechoty. Tego odcinka bronił ze strony polskiej jeden pluton piechoty pułku Ziemi Cieszyńskiej, dowodzony przez podporucznika Gustawa Krzystka, wspierany przez miejscową milicję. Wobec przeważającej liczby wroga, nie mogąc liczyć na jego odparcie w starciu zbrojnym, polscy obrońcy tego odcinka rozmontowali po swojej stronie tunelu tory, co nie powstrzymało ataku, lecz opóźniło nieco czeskie natarcie na Jabłonków, Trzyniec i Cieszyn. Stoczono też górską bitwę w okolicy miejscowości Gródek, w której obydwie strony poniosły straty w ludziach. Podobnie jak w powiecie karwińskim, Czesi i tu dopuszczali się zbrodni ludobójstwa, mordując jeńców i rannych, żołnierzy i cywilów. Przykładem ich bestialstwa była na tym odcinku śmierć robotnika huty trzynieckiej Karola Stryi, którego po wzięciu do niewoli zbito kolbą karabinu, zepchnięto do potoku i dobito strzałem w głowę. Podobne zbrodnie popełnili czescy mordercy w mundurach wojskowych w niedzielę 26 stycznia w Stonawie i Olbrachcicach, kiedy ludność miejscowa zamierzała, po nabożeństwach w swoich kościołach, pójść do urn i wziąć udział w wyborach do parlamentu Rzeczypospolitej, odbywających się w tym dniu w całej Polsce. Nie dopuszczenie mieszkańców Ziemi Cieszyńskiej do udziału w tych wyborach było głównym powodem rozpoczęcia czeskiego zdradzieckiego ataku na Śląsk Cieszyński tuż przed tą datą. Zajmujący się tą problematyką historycy czescy, z Jaroslavem Valentą na czele, nawet jeszcze w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku bez żenady akceptowali takie postępowanie. Masowy udział ludności w tych wyborach byłby bowiem namacalnym potwierdzeniem jej woli przynależenia do Polski, a do tego Czesi nie chcieli dopuścić.
            Bestialskie morderstwa, dokonane przez czeskich zbirów w mundurach wojskowych w Stonawie, stały się swego rodzaju cichym symbolem. Choć podobnych morderstw dopuścili się Czesi i w innych miejscowościach, ta nie uległa zapomnieniu dzięki staraniom miejscowego księdza Franciszka Krzystka i okolicznej ludności. To ksiądz Krzystek zorganizował zbiórkę bielizny, by choćby w ten sposób okryć nagość zamordowanych i ogołoconych żołnierzy. To na Jego zlecenie Leo Beer,  zawodowy fotograf z niedalekiego Frysztatu wykonał zdjęcia ofiar zbrodni, to On zadbał o zapisanie  nazwisk zidentyfikowanych zwłok w księdze parafialnej, choć nie wszystkie personalia udało się ustalić. Bezwzględni czescy mordercy zdzierali bowiem ze swych ofiar i kradli odzież oraz obuwie wraz z dokumentami osobistymi. To ksiądz Krzystek, ścigany przez Czechów (patrz zdjęcie nr 4) , postarał się też o godny pochówek ofiar stonawskiej zbrodni, w czym pomagali Mu miejscowi wierni.
Pomnik na grobie ks. dziekana Franciszka Krzystka, proboszcza ze Stonawy
Zdjęcie nr 4. Pomnik na grobie ks. dziekana Franciszka Krzystka, proboszcza ze Stonawy, który przyczynił się do wykonania dokumentacji dotyczącej ofiar tragedii. Ze stycznia 1919r.
            W zbiorowej mogile, wyłożonej podarowanymi przez Księdza deskami, którymi nakryto również zwłoki ofiar, gdyż nie sposób było zrobić w tak krótkim czasie tylu trumien, spoczęli żołnierze 12 wadowickiego pułku piechoty. Zostali skierowani do obrony tej ziemi w chwili, gdy chłopcy spod Cieszyna walczyli na Wschodzie, dokąd wysłano ich w wierze w pokojowe deklaracje Masaryka i Beneša. Marszałek Józef Piłsudski, zdając sobie sprawę z błędu, popełnionego na skutek nieuzasadnionego zaufania wobec czeskich przywódców, oświadczył: „Dając wiarę deklaracjom Masaryka i wyraźnym zapewnieniom rządu praskiego, który wielokrotnie przyznawał nasze prawa do kwestionowanych obszarów, pozostawiłem na tych terenach jedynie drobne jednostki wojskowe. Uważam tę niespodziewaną napaść za nieopisaną zdradę ze strony Czechów”.
            Pomimo ogromnej przewagi militarnej czeskich najeźdźców, dowódca Okręgu Wojskowego Cieszyn, pułkownik Franciszek Ksawery Latinik – po tym jak w momencie zaskoczenia uwierzył czeskim przebierańcom – wraz ze swoim zwierzchnikiem, dowódcą Okręgu Generalnego w Krakowie, generałem Emilem Gołogórskim, postanowili zastosować manewr taktyczny. By nie dopuścić do zbrojnego zajęcia i zniszczenia przez Czechów Cieszyna, zdecydowano się na utworzenie - obok linii obronnej w zachodniej części Śląska Cieszynskiego - także linii odwrotu na Wiśle. Dzięki temu manewrowi, Czesi zamierzający zająć cały Śląsk Cieszyński, aż po rzekę Białkę, zostali pod Skoczowem odparci i zmuszeni do wycofania.
 Nazwy miejscowości, w których stoczono bitwy podczas czeskiej, zdradzieckiej napaści w styczniu 1919, zostały w r. 1934 umieszczone na kartuszach u dołu postumentu pomnika Cieszyńskiej Nike (patrz zdjęcie nr 5), zniszczonego przez Niemców w pierwszym dniu II wojny światowej. Pisaliśmy już kilkakrotnie o trwającej  rekonstrukcji tego pomnika. Wspominaliśmy też o czeskim konsulu generalnym z Katowic, który 12 października 2005 - za zgodą gospodarzy - zaprosił do cieszyńskiego ratusza przedstawicieli Społecznego Komitetu Odbudowy Pomnika. „W imię dobrosąsiedzkich stosunków” usiłował ich nakłonić do nie zamieszczania na postumencie kartuszy  z nazwami pól bitewnych, związanych z czeską agresją w zaolziańskiej części Ziemi Cieszyńskiej. Czeski konsul stawiał też żądania, by odsłonięcia pomnika nie dokonywać w kontekście jakichkolwiek rocznic ważnych dla narodu polskiego, gdyż mogłoby to drażnić Czechów. W państwie w pełni demokratycznym obcy dyplomata, dopuszczający się takiego nacisku w celu przemilczania zbrodni popełnionych w przeszłości przez swoich rodaków, miast dążyć do pojednania w imię prawdy, ryzykowałby, że stanie się „personą non grata”. Tymczasem w  samym  Cieszynie, zdominowanym przez liberałów,  mówi się o tym fakcie szeptem, by nie daj Boże nie narazić się sąsiadom.
 
Pomnik Cieszyńskiej Nike z kartuszami u podnóża
 
Zdjęcie nr 5. Pomnik Cieszyńskiej Nike z kartuszami u podnóża
 
W tym kontekście napawają otuchą słowa Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, z Jego orędzia wygłoszonego przed Zgromadzeniem Narodowym 23 grudnia 2005, podczas uroczystości Jego ślubowania: „moim zadaniem jest doprowadzić do tego, by nasze stosunki z innymi państwami stały się czynnikiem dynamizującym przemiany, wzmacniającym nasze poczucie wartości i nasze przywiązanie do Ojczyzny. Drogą do tego jest odrzucenie narodowych kompleksów, ciągłego podnoszenia naszych słabości, chorobliwej tendencji do naśladownictwa także wtedy, gdy chodzi o zjawiska i postawy wątpliwe, czy też jawnie szkodliwe. Aby być traktowanym jako duży europejski naród, trzeba chcieć nim być. Gdy się chce szacunku innych, trzeba najpierw szanować siebie”.
Nawiązując do tytułu niniejszych rozważań, w kontekście powyższego cytatu, warto uzmysłowić zwłaszcza młodszemu pokoleniu czytelników, że to nie my - Polacy - winniśmy z zażenowaniem wymawiać słowo Zaolzie. To zażenowanie jest wynikiem kompleksów wpajanych polskiemu społeczeństwu przez lata komunizmu. To nie Polska i Polacy winni przepraszać Czechów za Zaolzie, lecz w imię prawdy historycznej powinni zostać przez Czechów przeproszeni. Agresja roku 1919 była tylko tragicznym preludium do okrutnego i zbrodniczego prześladowania miejscowych Polaków w dwudziestoleciu międzywojennym ubiegłego wieku i dobrze przemyślanej, celowej depolonizacji również po II wojnie światowej. Rok 1938, kiedy to Beneš sam zaproponował Polsce zwrot spornego terytorium, był dla wielu Zaolzian krótkim okresem wytchnienia, zachłyśnięcia się wymarzoną niepodległością, na nowo niestety odebraną w niespełna rok później przez agresorów niemieckich. 
Dziś, kiedy liczba polskich mieszkańców Zaolzia stopniała już prawie pięciokrotnie na skutek intensywnego, dobrze przemyślanego, celowego wynaradawiania (wysiedlenie wielu tysięcy Polaków ze Śląska Zaolziańskiego po pierwszej i drugiej wojnie światowej, prowokacje i długoletnie więzienia z pracą w kopalniach uranu z późniejszymi śmiertelnymi skutkami, konfiskaty polskiego mienia społecznego, likwidacja szkolnictwa polskiego i polskości kościołów, zacieranie historycznych nazw polskich miejscowości i eliminacja języka rdzennej ludności z życia publicznego i in.)  chciałoby się – w połączonej Europie – usłyszeć od Czechów słowa, które nigdy dotąd nie padły z ust ich przedstawicieli: „Zawiniliśmy! My i nasi przodkowie. Przepraszamy i prosimy o przebaczenie”.
Mając w świeżej pamięci również inne słowa ze wspomnianego orędzia prezydenckiego: „Polska i jej prezydent nigdy nie mogą zapomnieć o rodakach żyjących poza granicami kraju” i że „nasz kraj potrzebuje rozliczenia przeszłości”,  rozpoczęliśmy rok 2006 rok w naszym zespole redakcyjnym z nadzieją, że właściwej oceny doczeka się także prawda o zaolziańskiej Golgocie XX wieku.              
Alicja Sęk
....................................................................................................................................................................
PS. IPN milczy. Czy w jakimś podręczniku historii jest coś na ten temat?